Najpierw wszystko porusza się tu ciężko i majestatycznie. W dudniących krokach jakie stawia kwartet czuć zapowiedź czegoś niebagatelnego. Tak w istocie jest. Saksofon Davida Ware’a wyłamuje się z szeregu równo do tej pory stąpających ścieżek instrumentów.
Początkowo krąży wokół nich. Coraz jednak swobodniej. Aż do granicy słuchalności. Wzbiera szarpiąca fala emocji – złości, bólu, bezsilności. Pęka cała struktura.
Na koniec Ware zdaje się być jednym wielkim wstydem. Jakby zreflektował, że powiedział za dużo.
To jednak mylne wrażenie. To blues w najczystszej postaci. Przynosi więc ulgę.
Kamień spada z serca. Jesteśmy wolni.
Czytaj więcej na: http://znudzony-rockman.blogspot.com.


