
Wielu zdążyło już zaszufladkować Leonę Lewis jako swoistego rodzaju specjalistkę od refleksyjnych, soulowych kawałków, których motywem przewodnim jest nieszczęśliwa miłość. Jednak od wydania ostatniego studyjnego albumu w 2009 roku pt. „Echo”, Leona zaszyła się na ponad dwa lata w studiu nagraniowym, by oto zaskoczyć nas swoim najświeższym repertuarem prezentowanym na albumie „Glassheart”! Repertuarem innym niż dotychczasowy, bo eklektycznym, zahaczającym o najnowsze formy muzyczne takie jak dubstep (który wychwycimy w kawałku „Come Alive”) oraz czerpiącym inspiracje z popowych, danceowych brzmień (posłuchajcie chociażby tytułowego „Glassheart”). Jednak, nade wszystko najnowsza produkcja Leony jest repertuarem ukazującym jej otwartość na eksperymenty muzyczne. Czy udane? Po dokładnym odsłuchaniu „Fireflies” czy „When It Hurts”, które momentami kipią wprost od elektroniki można by nabrać wątpliwości… Aczkolwiek, na pozytywną ocenę całokształtu prezentowanego materiału wpływ mają niewątpliwie dwa numery spinające cały album klamrą. Chodzi mianowicie o „Trouble” i „Fingerprint”, które utrzymane są w stylistyce dotychczas przypisywanej wokalistce, od której poniekąd – co paradoksalne – chciała się odciąć… Być może o pozytywnym odbiorze tych właśnie utworów decyduje współudział samej Emeli Sande w ich powstawaniu? Być może. Jedno jest pewne. Leona Lewis nie powinna raczej romansować z disco czy dubstepem upodabniającymi ją do setki innych artystek. My zdecydowanie optujemy za tym, by pozostała wierna swojemu dotychczasowemu wizerunkowi.


