„Cornucopia Live” nie jest zwykłą koncertówką. To zapis spektaklu, który bardziej przypomina futurystyczny teatr niż trasę koncertową. Björk zamyka tu w dźwięku i przestrzeni cały rozległy ekosystem „Cornucopii” — projektu łączącego sztukę, ekologię, teatr wizualny i zaawansowaną technologię. Album dokumentuje lata pracy nad widowiskiem, które od początku miało być jej najbardziej rozbuchanym artystycznie przedsięwzięciem.

Największą siłą „Cornucopia Live” jest to, że nie udaje zapisu pełnej energii scenicznej. To spektakl o precyzyjnie zaprojektowanej dramaturgii — coś między rytuałem a manifestem. Utwory z „Utopii” i „Fossory” są tu posklejane w jednolity, organiczny ciąg. Brzmienia flaut, wokalne ornamenty i „grzybowe” basy układają się w opowieść o świecie, który jest jednocześnie pierwotny i futurystyczny. To nie jest „the best of Björk na żywo”. To dokument jednej, spójnej epoki w jej twórczości.


Album zaskakuje czystością i przestrzenią. Produkcja jest jednocześnie sterylna i ciepła — jakby słuchacz siedział pośrodku akustycznej świątyni projektowanej przez inżynierów dźwięku przyszłości. Aranże zyskują nową dynamikę: „Arisen My Senses” pulsuje niemal klubowo, „Ovule” rozlewa się w monumentalny, niemal orkiestrowy pejzaż.

Wokal Björk jest tu bardziej teatralny niż na większości jej koncertów. Głos wysunięty blisko, pełen drobnych ozdobników, oddycha swobodniej niż w wersjach studyjnych. W intymniejszych fragmentach brzmi wręcz niepokojąco blisko — jakby artystka siedziała tuż obok.

Trzon albumu tworzą utwory z „Utopii” i „Fossory”, uzupełnione kilkoma starszymi kompozycjami. Zamiast retrospektywy, dostajemy manifest — konsekwentne wejście w świat pełen flaut, chórów i organicznych struktur. Dla jednych może to być hermetyczne i wymagające, dla innych — najpełniejsza forma tej fazy twórczości.

Choć „Cornucopia” była przede wszystkim doświadczeniem audiowizualnym, sam album świetnie radzi sobie jako niezależna forma. Znakomicie oddaje przestrzeń spektaklu, szczególnie w słuchawkach: flautystki są rozmieszczone szeroko, chór tworzy akustyczną kopułę, elektronika pulsuje od dołu. Słuchacz nie tyle „ogląda”, ile „wyczuwa” scenę w dźwięku.

Trzeba uczciwie powiedzieć: „Cornucopia Live” nie jest materiałem dla każdego. Publiczność jest tu bardziej elementem tła niż pełnoprawnym bohaterem, a spontaniczność została wymieniona na perfekcję. To zapis spektaklu — nie wieczoru z energią tłumu. Drugim problemem może być jednorodność brzmienia. Ponad półtorej godziny bogatych, wysokich rejestrów flaut i gęstych aranży potrafi zmęczyć słuchacza oczekującego klasycznego koncertowego „oddechu”.

„Cornucopia Live” to album, który wymaga czasu, skupienia i otwartości na świat, gdzie granice między koncertem, manifestem a instalacją artystyczną zacierają się. Dla miłośników ekofuturystycznej odsłony Björk będzie to zapis wręcz definitywny — pełen detali, przepychu i wizji.

Dla tych, którzy szukają w koncertówkach energii, improwizacji i bliskości publiczności, może okazać się materiałem chłodnym i zbyt kontrolowanym. Ale jeśli wejdziesz w jego świat na własnych zasadach, „Cornucopia Live” odwdzięczy się jednym z najbardziej dopracowanych i niezwykłych muzycznych spektakli, jakie Björk kiedykolwiek przeniosła na nagranie.

Ocena płyty: