Nie samą muzyką człowiek żyje. Dlatego niektórzy dbają, aby muzyka była także czymś więcej. Czymś bogatszym. Mam wrażenie, że właśnie takie zadanie postawiła przed sobą Irka Zapolska. W trójmiejskim, muzycznym świecie znana jest doskonale. Wszak kończyła wokalistykę jazzową na tamtejszej Akademii Muzycznej w Gdańsku. Wcześniej zahaczyła o Kraków kończąc edukację również na Akademii. Kolaboracji i doświadczeń muzycznych ma wiele, z czego największym osiągnięciem jest z pewnością Grand Prix Ladies’ Jazz Festival Gdynia 2019 oraz sukces zespołu wokalnego 5/6. Komercyjna muzyka idącą w parze z rozrywką ustąpiła jednak miejsca czemuś większemu. Artyzmowi. Jej debiutancki album „Perception of perception” to solidna dawka sztuki. Nie jest to album pełen piosenek wyśpiewanych przez kolejną, dobrze rozwijającą się wokalistkę. Album ten jest trudny, zarysowany, poszarpany i wiele razy dramatyczny. Ma wiele twarzy, ale co za tym idzie ma jeszcze więcej odpowiedzi. Co mnie zawsze zadowala najbardziej, odpowiedzi te nie są klarownie podane na tacy, a trzeba je sobie samemu znaleźć i rozgryźć. Dochodzimy do punktu, gdzie muzyka łączy się z granicami filozofii. Tym punktem jest właśnie „Perception od perceptron”.


Materiał jest bardzo surowy i tak też został nagrany. Z początku trochę mi to przeszkadzało, gdyż nie jest „dopieszczony” realizatorsko, ale szybko zdałem sobie sprawę, że to jest właśnie opowieść, która wymaga większej autentyczności wykonawczej, aniżeli komputerowej obróbki. Często mam zatem wrażenie, że wokal nie jest skompresowany i gdy wybrzmiewa mocniejsza fraza to jest to bardziej dynamiczne. Ma to jednak swoje ręce i nogi. Irka Zapolska Quartet, bo tak sygnowany jest ten materiał to trójka ekspresyjnych muzyków. Dominik Kisiel ma już swoją pozycję jazzowego pianisty w młodym pokoleniu muzyków. Tutaj dodatkowo odpowiada z Irką za wszystkie kompozycje. Filip Arasimowicz ogarnia kontrabas i jeśli kojarzycie ten instrument z głębokich dźwięków, to będziecie wiele razy zaskoczeni i zdziwieni co jeszcze można na nim wyczarować. Wtóruje im jeszcze Maksymilian Kreft na perkusji, który podobnie jak Filip na kontrabasie wydobywa na swoim zestawie dużo więcej niż rytmiczne ramy i zgrabne rytmy. Cała ta trójka jest podstawą formy, do której przywiera Irka Zapolska swoim wokalem. Wokalizy, mocne frazy, ostrożne przydechy, a także recytacje składają się na to, co zaprezentowała ta artystka. Wspaniałym jest też to, jak pozwala sobie na swobodne ekspresje i odważne improwizacje. Odpowiada też za wszystkie teksty (!).

Zaledwie pięć utworów to za mało, mogłoby się zdawać. Nic bardziej mylnego. Każda z kompozycji to osobna powieść składająca się z wielu rozdziałów niekoniecznie sztywno ze sobą powiązanych. Tak oto „A story of perceptron” poza odrębnym instrumentalnym bytem przeplatanych ze sobą charakterów artystycznych jest osadzone na fragmentach „Alicji w krainie czarów” czytanych przez Irkę. Mam wrażenie, że cały zamysł tego albumu jest nieco powiązany z tą książką. Wszystko wszak płynie i przenika się niczym portal/otchłań/czarna dziura/przejście przedstawione na okładce. Do końca nie wiadomo co się tam znajduje, a krawędzie są tak niejednoznaczne, że nie sposób nawet zgadywać. Tymi krawędziami są utwory w nim zawarte. Ciekawią, wciągają, czasem budzą niepokój, ale w granicy zdrowego rozsądku i bezpieczeństwa. Lubię takie wyprawy w nieznane muzyczne obszary, które z niczym nie synchronizują i aby się do nich dostroić to trzeba nieco pomysleć i dać ponieść się przestrzeni. Lubię takie projekty. Lubię takie zespoły. Dobrze, że prowokują, idą po swoje i wiedzą czego chcą. Zróbmy miejsce dla Irki Zapolskiej Quartet, bo (trzymam kciuki) będzie o nich głośno. Ja póki co głośno słucham „the BugPin”. 

Ocena płyty: