Przeszłam na chwilę na drugą stronę mocy. Zamiast dziewczyn i chłopaków, śpiewających o odrodzeniu duszy, kochaniu muzyki i błogosławieństwie macierzyństwa, włożyłam do odtwarzacza rozwydrzoną dziewuchę Rihannę, która ubrana w odważne ciuchy śpiewa o niegrzecznych mężczyznach.

A w zasadzie to cała, połączona z tym mocno charakterystycznym, ale wątpliwie dobrym wokalem, przyjaźni się z produkcją komercyjną.  Przy szóstej płycie „Talk That Talk” mam wrażenie, że chciałaby zawładnąć Europą. Podobnie jak Kelly Rowland, stworzyła album do zabawy w klubie, z kilkoma akcentami miłosno-sentymentalnymi. Wokalistka muzycznie kontynuuje tradycję „Please Don’t Stop The Music”, tekstowo uderza w lateks  – pełno tam zaspokojania i seksualnych fraz rodem z dziennika niegrzecznej dziewczynki jak w utworze „Rude Boy”, a wizerunkowo o dziwo wraca do swojego naturalnego koloru włosów i warkoczy ze szkolnej ławki, ale oczywiście tylko na pozór, bo w międzyczasie z chłopakiem kupuje kolejną działkę trawy („We Found Love”).  I zwykle ktoś to przyjdzie na koncert Rihanny po lekcję muzyki, będzie zazdrosny, że tak jak ona nie zarabia milionów na tym, że nie umie śpiewać. Ale śpiewanie to jedno – maszyna produkcyjna drugie.

O to drugie martwią się w przypadku wokalistki najwięksi specjaliści. Rzuca ona w świat nowymi produktami płytowymi prawie każdej zimy, podążając za nowoczesnymi trendami. Medialnie stworzył ją Jay-Z , który pojawił się na krążku w tytułowym utworze „Talk That Talk”. Zarówno ten kawałek jak i wszystkie inne, są numerami klubowo-tanecznymi, szybko wpadają w ucho, mają proste słowa. Chociażby pierwszy singiel „We Found Love”, do którego teledysk wzbudził protest ze względu na wątek narkotykowy, drugi singiel:  „You Da One”, czy „Birthday Cake” albo „Where Have You Been”, które zaczepia wręcz o techno.

Artystyczną rolą Rihanny nigdy nie było dostarczanie przemyśleń, a raczej prowokowanie, co przy szóstej płycie wokalistka zdecydowanie praktykuje. Teksty, przesycone bezpośrednim wątkiem seksualnym, bardzo się wyróżniają i dlatego daleko im od dziewczęcych i subtelniejszych kompozycji, jak chociażby „California King Bed”. Daleko im też od utworów, w których słuchacz mógł połączyć je z konkretną emocją np. rozczarowaniem („Take A Bow”). Rihanna robi się po prostu tandetna i przekracza granicę dobrego smaku, a słuchanie jej wchodzi w obszar obciachu. Fryzury, stroje, wulgarne zachowanie na koncertach, playback przykrywający brak głosu jeszcze to tylko potwierdzają. Mimo to wokalistka utrzymuje się wciąż na szczytach. Może dlatego, że ktoś wymyślił też przy okazji, żeby bardzo szybko ją zmieniać – w obrębie komercyjnej stylistyki muzycznej. I rzeczywiście dziewczyna idzie za trendami – od popowego utworu „Umbrella”, po klubowe „We Found Love”. I w tym rankingu wygrywa z Lady Gagą – Lady Gadze skończą się niedługo pomysły na nowe stroje.