Debiutancki album zespołu Omasta nie brzmi jak wizytówka mająca kogokolwiek przekonywać do „nowej fali jazzu”. To raczej świadomie skonstruowany reportaż dźwiękowy: zbiór krótkich, konkretnych scen, w których groove, energia zespołowa i miejska estetyka są ważniejsze niż popis czy formalna brawura. „Jazz Report from the Hood” od pierwszych taktów stawia na komunikatywność – i robi to bez upraszczania języka.
Najmocniejszym punktem płyty jest spójność koncepcji. Omasta konsekwentnie porusza się na styku jazzu, hiphopowej motoryki i nowoczesnego brzmienia klawiszy. Fortepian, Rhodes i syntezatory nie pełnią tu roli efektownej dekoracji – raczej regulują napięcie i kolor przestrzeni, w której porusza się sekcja rytmiczna. Bas i perkusja nadają muzyce ciężar oraz sprężystość; groove nie jest tłem, lecz osią narracji. Na tym fundamencie dęciaki prowadzą tematy jak reporterzy: krótko, precyzyjnie, bez nadmiaru ozdobników.
Album zbudowany jest z utworów o zwartej formie. Większość numerów zamyka się w kilku minutach, co nadaje całości tempo i klarowną dramaturgię. Omasta rezygnuje z długich, rozlewających się improwizacji na rzecz punktowych solówek i zespołowej gry, w której ważniejszy od indywidualnych ambicji jest wspólny puls. Dzięki temu płyta słucha się jak całość, a nie zbiór luźno powiązanych jamów.
W szybszych fragmentach zespół pokazuje, że najlepiej czuje się w ruchu: akcenty są ostre, rytm pracuje pod powierzchnią, a napięcie utrzymywane jest do samego końca utworu. Wolniejsze momenty nie służą jednak odpoczynkowi – raczej zagęszczają atmosferę i pozwalają wybrzmieć barwie instrumentów. To kontrast, który działa na korzyść albumu i chroni go przed monotonią.
Jeśli coś można uznać za niedosyt, to fakt, że Omasta rzadko pozwala sobie na pełne „rozszczelnienie” formy. Czuć, że zespół ma potencjał, by zaryzykować dalej: wydłużyć formę, bardziej rozbić temat, wpuścić do muzyki element niekontrolowanego chaosu. Z drugiej strony – właśnie ta dyscyplina czyni debiut tak dojrzałym i świadomym.
„Jazz Report from the Hood” to album, który nie krzyczy i nie próbuje nikogo olśnić na siłę. Jego siłą jest pewność języka, zespołowa chemia i doskonałe wyczucie groove’u. To płyta nowoczesna, miejska i bardzo równa – taka, która spokojnie broni się zarówno w klubowym odsłuchu, jak i w uważnym, domowym słuchaniu. Jeśli to punkt wyjścia, kolejne rozdziały raportu mogą być jeszcze ciekawsze.


