Od artystów takich jak Harry Connick Jr. słuchacze oczekują tylko jednego – by grali swoje i za bardzo nie kombinowali, a najlepiej wcale. Prawda jest po prostu taka, że nie zawsze chcemy być zaskakiwani. Harry Connick Jr. ma nam dostarczyć kolejną porcję lekkich piosenek o wszystkim, zaśpiewanych swoim pięknie zmęczonym głosem. I to wszystko.

www.youtu.be/OwUF-tUkwlA

 „That Would Be Me” to swoisty concept album, z historią o nim samym, tłumaczącym się z tego, co mu w duszy gra. Jest to oczywiście wybieg pozwalający Connickowi juniorowi zaprezentować się razem z jego muzykami w różnych muzycznych wcieleniach, a przy okazji uniknąć zarzucania jego płycie zbytniego eklektyzmu. Po odrzuceniu całej „osobistej” otoczki okazuje się całkiem przyzwoitą płytą z różnorodną muzyką przesiąkniętą niepowtarzalnym duchem Nowego Orleanu.

Ale uwaga! To co aktualnie prezentuje ten w pełni dojrzały artysta, w niczym nie przypomina jego dotychczasowych jazzowych dokonań. „Zdrada!!!” krzykną jazzowi puryści. Fani Harry’ego, „muzyki duszy” i popu krzykną „Rewelacja!!!” i z wypiekami na twarzy pobiegną do sklepów, puszczając mimo uszu opinie jajogłowych. Wprawdzie na „That Would Be Me” jest kilka wycieczek w nowe rejony muzyczne, ale Connick Jr raczej obraca się wśród charakterystycznych dla siebie melodii. Wywodzące się z blues rockowej tradycji, leniwie bujające kompozycje ozdobione są charakterystycznymi chórami gospel. Tutaj nie ma miejsca na zarzuty, że nie nadąża się za modą.

www.youtu.be/iHvKk2zV-Vs

Nowy album nie powinien być dla nikogo rozczarowaniem. Nie ma tu przebojów, za to cały materiał to rzetelna produkcja z dobrymi aranżami, utrzymana w popowej estetyce. Connick Jr. śpiewa o zwykłych, codziennych sprawach w bardzo klasyczny i bezpretensjonalny sposób i to jest właśnie sekretem jego sukcesu. Dla lubiących nowe i mocne wrażenia muzyczne może się to jednak okazać nie do zniesienia.

Po 25 latach od nagrodzonego Grammy albumu „We Are in Love”, jeszcze młody duchem Connick Jr. próbuje powtórzyć sukces. Niestety, za pomocą automatów spłycono warstwę rytmiczną a jego pianino nie ma takiego żaru i nie traci grawitacji. Na płycie są też kompozycje zrobione z głębszym zamysłem jak ”Right Where It Hurts” i „Where Prisoners Drown”, co podniosło walor całości. Jednak jazzowi konserwatyści nie mają na tym hip-hop-siup krążku czego szukać.

Ocena płyty: