Krystyna Stańko jest jedną z tych artystek, która zajmuje szczególne miejsce w polskim jazzie. Może nie jest bardzo mainstreamowa, ale to także czyni z niej perełkę polskiej muzyki i piosenki. Albumy, które wydaje są zawsze osobliwe, autentyczne i artystyczne, za co niezmiennie i niezmiernie ją cenię. Najnowszy „Return to revisited” to hołd dla albumu „Return to forever” Chicka Corea. Już sama okładka odnosi się do tego wydawnictwa podobieństwem przestrzeni. Gdy wspominamy nazwisko Corea to od razu przed oczami staje mi jakże charakterystyczna uśmiechnięta twarz Chicka i jego emocjonalna wirtuozeria na pianinie. Tym większą ekscytację czuję gdy spostrzegam, że na interpretacjach Krystyny Stańko nie ma tego instrumentu. Szaleństwo czy świadoma potrzeba spełnienia? Oczywiście, że to drugie i powiem już na początku, że tak jak zakochałem się w albumie Stańko „Fale”, to i „Return to revisited” zyskuje moją pełną uwagę! Bowiem wyjątkowe to wydawnictwo.
Wokal, wokal i jeszcze raz wokal. Fantastycznym jest, że Krystyna Stańko jest świadomą wokalistką i nie udaje, nie powiela tylko idzie swoim dźwięcznym szlakiem. Jeszcze większe uznanie, że od lat jest na tym samym, najwyższym poziomie jeśli chodzi o emocje w technice. Lubię słuchać uczciwych artystów i właśnie taka jest Stańko. Bawi się frazami, przeżywa to o czym śpiewa i słychać jak jest zespolona z kompozycjami. Pokornie nie wybiera sobie roli przywódczyni. Album nagrała z przyjaciółmi, z którymi na scenie i na albumach działa od wielu już lat. Rzec by można, że Krystyna Stańko to już zespól a nie tylko jedna osoba. Owocuje to ogrodem dźwięków pielęgnowanym po równo. Bez jednego muzycznego-ogrodnika harmonia została by zachwiana. Mowa tu o Dominiku Bukowskim, Marcinie Wądołowskim, Mikołaju Stańko, Szymonie Łukowskim i Paulu Rutchka. Często spotykam się z albumami, gdzie np. sekstet liczony jest tylko muzykami, a lider jest poza tym. Tutaj sekstet to wszyscy łącznie z wokalistką pomimo, że sygnowany nazwiskiem Stańko. Bardzo mnie to zadowala!
Muzycznie jest w większości bogato. Bardzo dużo jest odniesień do latynoskich rytmów, co jest także bardzo rozpoznawalne w twórczości Krystyny Stańko. Dużym atutem są solówki Marcina Wądołowskiego na gitarze elektrycznej. Perkusja i bas często wciągają swoją charyzmą po kilkakroć, co najbardziej zachwyca w „Sometime ago”. Mnie natomiast od zawsze w twórczości Krystyny urzeka wibrafon Dominika Bukowskiego. Instrument ten jest tak ciepły, wrażliwy i pełen zaskakujących rozwiązań, że czasami boję się, że przyćmi mi drugi plan, ale nie. Bukowski będąc wszak czołowym polskim wibrafonistą jest zawsze w punkt. Kończący album „Children’s song” to perełka tego wydawnictwa. Uwielbiam połączenie spokoju instrumentu z wokalizami, wśród których objawiają się delikatnie wpływające chórki. Krystyna Stańko wie z kim nagrywać by było na 100%. Nie zależy jej przy okazji by być na podium, a że ma tam swoje miejsce to już nasza w tym rola. Słuchaczy, którzy doceniają i wdzięczni są za jej pomysły, talent i wrażliwość. Drugiej aż takiej w polskim jazzie nie znajduję.


