José James wydając w 2020 roku „No beginning no end 2” celowo chciał się bardziej odciąć od wokalnego jazzu, czego owocem były kolaboracje z Ledisi, Aloe Blacc i Laurą Mvulą, czyli pierwszoplanowymi głosami współczesnego czarnego brzmienia. Wtedy był to dopiero początek. Jego artystyczna ścieżka przybrała nowych kolorów po tym, jak to zdecydował się na kolejny po „Lean on me” (2018) coverowy materiał. Tym razem jednak nie miksuje rozmaitych nurtów, a skupił się na jednym nazwisku. Erykah Badu. Chętnie opowiada, że jest ona dla niego największą mistrzynią w ekspresji, pisaniu tekstów, komponowaniu i produkcji. Nie sposób się z nim nie zgodzić. 


Erykah od 1997 roku wydała tylko 6 albumów, ale za to jakich! Debiutancki „Baduizm” jak i kolejny „Mama’s gun” (2000) są niczym piramidy. Ikoniczne, doskonałe, inspirujące kolejne pokolenia. Z „Worldwide underground” (2003) pochodzą takie diamenty jak „Danger” czy „Love of my life”, a obydwie części „New Amerykah” (2008, 2010) rozeszły się w milionach egzemplarzy. Zamykające dyskografię „But you caint use my phone” (2015) ugruntowało pozycję Badu także jako społecznej performerki. O Erykah można by śmiało pisać książki, gdyż jej charyzma ma tyle warstw, że wielu uważa iż artystka nie pochodzi z naszej planety. José James na tyle uwielbił Badu, by siegnąć po siedem jej utworów i zinterpretować po swojemu. Materiał nagrany w zeszłym roku w słynnym Dreamland Studios w Woodstock, oraz w Flowriders Studios w Amsterdamie, wydaje w dniu swoich 45 urodzin. Amsterdam stał się natomiast jego domem, gdzie realizuje się jako edukator na tamtejszym University of the Arts.

Na płycie będącej wyrazem szacunku i miłości do Badu, José umieścił m.in. przebojowe „On&On”, zachwycające „Green Eyes”, ważne społecznie „The Healer”, a także jeden z moich ulubionych, „Didn’t cha know”. Instrumentalnie wsparli go Ebban Dorsey (saksofon altowy), Diana Dzhabbar (flet, saksofon altowy), BIGYUKI (klawisze, syntezatory), Ben Williams (bas) oraz Jharis Yokley (perkusja), ale za produkcję odpowiada sam James (!!!). Wyszedł z tego album pełen ciekawych, instrumentalnych rozwiązań z jakże charakterystycznym wokalem. Słychać, że pomysłów na te wielkie piosenki było bardzo dużo, ale w każdej z nich zostawiono sporą część oryginalności. Nie chciałbym jednak oceniać czy ten album jest zaskakujący, nowatorski i czy jest on tak bardzo potrzebny zarówno dla José jak i dla Erykah. Oboje z tych artystów są nam bardzo bliscy i śmiało można powiedzieć, że mają specjalne miejsce w naszych płytotekach, ale mnie osobiście ten album nie porywa. Bardziej spełnia dla mnie rolę ciekawostki. José James’a słucham i będę słuchać często, ale w jego autorskim repertuarze, a Erykah jest bezdyskusyjnie gigantem w każdym aspekcie jej twórczości i dlatego nie potrzeba mi interpretatorów jej muzyki. Niemniej doceniam gest jaki w jej kierunku wykonał José, a ocenę zostawiamy Wam wedle osobistych gustów bo muzycznie i wokalnie jest tutaj doskonale. 

Ocena płyty: