Brandy wraca po 8 latach z siódmym albumem „B7” ogłaszając, że nagrała go w myśl idei „a co jeśli to miałby być mój ostatni album w życiu?”. Przyznam, że podeszła do tego z wielką presją i trochę nadwrażliwością. Ale po kolei. Jeśli okładka przypomina Wam Whitney z filmu Bodyguard… to połknęliście haczyk tak samo jak ja. Taki właśnie był zamysł, gdyż Houston od wielu już lat (dekad) jest mentorką Brandy. W wywiadach usłyszeć można, że otwierający album utwór „Saving all my love” jest jakoby powiązany z jej miłością i fascynacją do Whitney. Tutaj właśnie zaczynają się dla mnie ruchome schody… ale idące w złym kierunku. 


Jeśli zamysł promujący „B7” opiera się na stworzeniu z Brandy spadkobierczynię talentu Whitney to ja tego nie kupuję. Po pierwsze: jeśli ktoś jest porównywany do kogoś tak wielkiego i ma ochotę zająć jej miejsce w szeregu to oznacza to, że Houston wcale nie była taka wielka skoro można ją zastąpić. Po drugie: trzeba mieć ku temu niesłychane pokłady arogancji, albo diabelnie niepodważalne atuty, a umówmy się, Brandy ma doskonałą technikę wokalną i wspaniałą aparycję, ale tego „czegoś” co Whitney, co Mariah, co Aretha to jednak u niej mało. Nie chcę aby zabrzmiało to jakby była ona słaba, albo gorsza. Chodzi mi o to, że jest doskonała ale bardziej jak Jazmine Sullivan, Tweet lub Faith Evans. Perfekcjonistka, ale nie ikona. I tutaj moje negatywy się kończą, bo album w całej swojej okazałości jest po prostu cudowny. 

Po pierwszym przesłuchaniu pomyślałem sobie, że trochę przesadziła mówiąc „że to jej najlepszy album, gdzie jest jej najwięcej, gdzie odkrywa najwięcej swoich emocji”. Pod względem tekstowym to kolejna płyta pełna miłosnych utworów dziewczyny przeżywającej wzloty i upadki, więc nic nowego, ale pod względem muzycznym jest już naprawdę kolorowo. Niby R&B i citysoul, ale jakby bardziej podrasowany i głębiej przemyślany. Nie skupiono się tylko na loopach i samplach mających zakrzewić tłumy na parkiet albo bujać w domu ze słuchawkami na uszach. Ten album skupia i zasysa swoją gęstością i poezją dźwięków. Szalenie oplotły mnie chórki, których jest tutaj miliard! To jedno trzeba Brandy oddać, że jeśli chodzi o zaplecze harmonii to rozniosła konkurencję w proch. Mistrzowskie wręcz nałożone na siebie głosy przepływają między głównym wokalem wciskając mnie w krzesło. Doprawdy zachwycające. Same kompozycje są także mocno przemyślane i dopracowane. 


Zacznijmy choćby od „Saving all my love”, które pomimo przerysowanego komputerowo wokalu zapowiada mięsisty i trochę groźny groove, łagodzący przez wspomniane chórki. „Rather be” to najbardziej modernistyczny i zarazem minimalistyczny w aranżacji kawałek pełen przestrzeni i płynących wśród niej klawiszy przeplatanych przez śmiałe retro lat ’80. To tu właśnie artystka pokazuje jak doskonale radzi sobie z wokalizami i jak potężnie wypracowała przez lata technikę wokalną. Następnie czas na dwie ballady. Pierwsza, „Lucid dreams” to klasyka gatunku R&B na miarę hitów Janet Jackson albo Mary J Blige. Tuż za nią jedna z moich ulubionych pozycji na „B7” czyli „Borderline”. Erotyczna, pełna wokalnych zakamarków i oszczędnej produkcji piosenka nasycona przydechem i niespiesznym pulsem (jakże mnie cieszy, że wybrana została na kolejnego singla i teledysk). 

Mam tu więcej swoich ulubionych kawałków i ku mej uciesze następują jeden po drugim. „No tomorrow” ze swoim „beutifull” w tekście nie może być przecież inaczej jak piękny. Te ślizgi wokalne, ta niewinna partia syntezatora i prosty beat ani trochę nie brzmią ubogo i niepełnie. Wręcz przeciwnie, w oszczędności siła przekazu. No i teraz następuje moja kulminacja, bo „Say something” to mój murowany hicior. Zaplecze dęciaków, prosta powtarzalna fraza w refrenie, wszechobecne pauzy i prostota oparta na 5 dźwiękach. To mni kupuje i dokładnie takich hitów ciągle mi mało. Nieprzesadzonych i nieprzekombinowanych, a wręcz prostych i szczerych. No i to pianino rozchodzące się na końcu z jazzowymi rozwiązaniami, no da mnie petarda no. 

Podoba mi się, że piosenki są odrębnymi historiami, a nie jak to często bywa na płytach soczystych brzmień kopiami samych siebie. Każda z pozycji jest na swój sposób charakterystyczna. Duet z Davidem Ceasarem w „Love again” (dobrze już nam znany z 2019 roku) brzmi tutaj idealnie wpasowując się w klimat całości. Ten kawałek przypomina mi „Simply beautifullAla Greena z 1972 roku i robi tu więcej roboty niż wszystkie producenckie sztuczki. A na koniec tej podróży czeka „Bye Bipolar”. Trochę typowa ballada z niepotrzebnym według mnie wulgaryzmem, bo nie ma nic gorszego niż dosłowność i przerost treści. Ale znowu chórki ratują całą sytuację i sprawiają, że przychodzi mi gładko powiedzieć, że jest pięknie.


Przy całym tym chaotycznym promowaniu tego albumu jako „coś niezwykłego”, „coś podobnego do Houston i Carey”, przy całym tym laniu miodu w wywiadach i na bilbordach trzeba powiedzieć, że to naprawdę ciekawy i przemyślany album. Czy wyjątkowy? Na pewno jeden z najlepszych albumów R&B ostatnich lat, ale wyjątkowym bym go nie nazwał. Wydaje mi się, że Brandy nie nagrała najlepszego albumu w swojej karierze, bo każdy z nich jest niezłym wydarzeniem, ale udowadnia, że jest jedną z najlepszych obecnie artystek R&B gruntując sobie pozycję i szacunek. Zwłaszcza, że jest nie tylko wykonawczynią, ale także współautorką i współproducentką wszystkich utworów. Jest moc!

Ocena płyty: