Długo oczekiwane debiutanckie płyty młodych artystów zawsze powodują, że oczekuje się od nich wiele, zwłaszcza, jeżeli ten artysta został dodatkowo okrzyknięty przez BBC tytułem „Sound of 2014”. Wreszcie, pod koniec maja premierę miał pierwszy długogrający album brytyjskiego wokalisty Sama Smitha pt. „In the Lonely Hour„, na który wielu słuchaczy czekało z niecierpliwością. Tylko czy takiego materiału oczekiwali?

Jak na pierwszą płytę w karierze, Smith wykonał bardzo dobrą robotę. Album okazał się przyjemną, spójną całością, na którą złożyło się kilkanaście wpadających w ucho numerów. Już od pierwszego z nich, „Money On My Mind„, bardzo szybko można poczuć klimat, jaki chciał stworzyć wokalista. Zmieszał sporą dawkę radiowego popu z brzmieniami soulu oraz R&B, dodając do tego chwytliwe refreny oraz niebanalne teksty, co usłyszeć można m.in. w „I’m Not the Only One” czy singlu „Stay with Me„. Jedną z najbardziej radiowych propozycji okazał się natomiast żywy „Like I Can„, który nieco wyróżnia się tempem oraz ogólnych charakterem spośród pozostałych.

Dla wielbicieli spokojniejszych kawałków nie zabrakło takich emocjonalnych wyciskaczy łez, jak m.in. „Leave Your Lover” z ładną partią gitarową, R&B-owego „Life Support” czy akustycznego „Good Thing„. Do najciekawszych propozycji z całej płyty należy natomiast piosenka „I’ve Told You Now„, która zapowiada się na kolejny wzruszający utwór, z czasem jednak rozwija się i przypomina w charakterze największe przeboje Stinga czy Prince’a. Warstwa liryczna każdej z nich powoduje, że razem ze Smithem przeżywamy zawód miłosny, jakiego doświadczył. Najwięcej wzruszenia zawartego jest w tekście pięknej ballady „Not in That Way” oraz w singlu „Lay Me Down„, w trakcie słuchania których niejednokrotnie łzy same lecą po policzkach.

Na rozszerzonej wersji płyty znaleźć można cztery bonusowe utwory, które muzycznie wyraźnie odbiegają od ogólnego, nieco rozpaczliwego zamysłu. Chociaż nadal mowa o relacjach damsko-męskich, nastrój kawałków jest znacznie bardziej pozytywny, niż na podstawowym materiale z krążka. Zarówno energiczny kawałek „Restart„, jak i „Make It to Me” wywołują poczucie nadziei oraz pewnego rodzaju szczęścia. Oprócz tego, Smith zamieścił na albumie single, dzięki którym zdobył największą popularność. Tym samym, jako bonus pojawił się nie tylko przebój „La La La”, nagrany z Naughty’m Boy’em, ale także akustyczna wersja numeru „Latch„, w oryginale wykonanego z udziałem duetu Disclosure. 

Jak na debiutancką płytę studyjną, Sam Smith spełnił wszystkie oczekiwania. Na albumie znaleźć można nie tylko wpadające w ucho propozycje i te wyciskające łzy z oczu, ale także mocne teksty oraz ciekawą barwę głosu samego wokalisty, intrygującego coraz bardziej z każdym przesłuchaniem. Krążka przesłuchać trzeba jednak kilkukrotnie, by wycisnąć z niego wszystko, co artysta (razem z producentami, czyli m.in. Jimmy’m Napesem i Steve’m Fitzmaurice’m) miał na myśli. Po tak wysoko postawionej poprzeczce nie pozostaje nic innego, jak tylko czekać na drugą płytę.