Na wczorajszy wieczór czekało wielu fanów Katie Meluy. Gruzińska wokalistka wystąpiła bowiem podczas koncertu z trasy „Simplified Tour„, który zagrała w Sali Kongresowej, tuż przed jej zamknięciem na czas remontu. Trzeba przyznać, że nie można było sobie wyobrazić lepszego zamknięcia obiektu na kilka miesięcy.

Kilkanaście minut przed 20:00 na scenie zaśpiewał gościnnie wokalista i gitarzysta Piotr Woźniak, który zaprezentował publiczność kilka utworów. Niestety, zarówno akustyczna wersja piosenki „Gdzie to siódme morzeMaryli Rodowicz, jak i autorskie propozycje, w tym m.in. „Companero” czy „Pewnego dnia o świcie” (skomponowana przez jego ojca, Tadeusza) nie porwały ani muzycznie, ani tekstowo, a samo wykonanie – chociaż przyjemne – także nie należało do najciekawszych. Ostatni numer, „Siedem gór„, został dedykowany głównej gwieździe wieczoru, która kilka minut później weszła na scenę z muzykami (basistą, klawiszowcem i perkusistą), i zaczęła swój występ.

Koncert artystki rozpoczął się wykonaniem przez nią przeboju Shirley Bassey – Diamonds Are Forever„. W trakcie występu nie zabrakło także innych coverów, w tym nowej wersji piosenki „Dedicated To The One I Love” zespołu The Mamas and the Papas czy hitu „In My Secret LifeLeonarda Cohena, prywatnie jej ulubionego twórcy. Obie aranżacje oczarowały od początkowego dźwięku, zarówno interpretacyjnie, jak i instrumentalnie – perkusyjne wstawki w pierwszej oraz basowe brzmienia w drugiej długo pozostaną mi w pamięci, podobnie jak wyciskający łzy z oczu wykonanie przepięknego „Spider’s Web„. Wokalistka odstawiła na chwilę swoje gitary (akustyczną i dwie elektryczne) i zagrała na klawiszach, czym udowodniła, że jest nie tylko świetną wokalistką i gitarzystką, ale także multiinstrumentalistką.

Podczas półtoragodzinnego koncertu usłyszeliśmy nie tylko utwory z ostatniej płyty Meluy pt. „Ketevan„. Oprócz miłego akcentu w postaci „Love Is a Silent Thief” z rewelacyjną partią perkusyjną, akustycznej wersji „Chase Me” czy znacznie mocniejszej, rockowej odsłony „Shiver and Shake” wykonanego na koniec, materiał z najnowszego albumu był jedynie małym fragmentem całości. Wokalistka postawiła na utwory z pozostałych krążków (w tym na nieco nijakie „No Fear of Heights„, „Nothing In This World Can Stop Me Worrin’ Bout That Girl” i „The Cry Of The Lone Wolf” oraz świetne „Spellbound” i urocze „The Closest Thing To Crazy„) oraz swoje największe przeboje, prezentując m.in. żywsze, radośniejsze wydanie pięknego kawałka „Tiny Alien” z mocną partią basu i perkusji, które okazały się jedną z zalet także w interpretacji numeru „The Flood„.

Do najciekawszych wykonań należy dodać także dynamiczne zaśpiewanie piosenki „Two Bare Feet„, a także poruszającej „Red Balloons„, napisanej przez wokalistkę oraz jej przyjaciółkę, Polly Scattergood. Wykonanie tego ostatniego podkreślone zostało przez znakomitą grę świateł, co było dobrym punktem także podczas pozostałych prezentacji, m.in. w trakcie całkiem nowej, swingowo-tangowej wersji „Moment of Madness„, która nadała kawałkowi drugie życie.

Nie mogło zabraknąć także największego przeboju w dorobku Meluy, czyli „Nine Million Bicycles„, który artystka zaśpiewała na bis. Nie trzeba dodawać, że niejednej osobie pociekła łezka, a utwór doczekał się z najgłośniejszych braw. Oprócz niekwestionowanej perełki w swoim repertuarze, Katie pięknie zaśpiewała także drugi singiel z tej samej płyty (tj. „Piece by Piece„), czyli „I Cried for You„, a także piosenkę „Kozmic Blues„, która nie tylko wzruszyła mnie, ale także była perfekcyjnym podsumowaniem całego koncertu. Muszę jednak przyznać, że zabrakło mi wykonania takich singli, jak „A Happy Place„, „If You Were A Sailboat” czy „Where Does The Ocean Go?„. Mam jednak nadzieję, że to nie była ostatnia wizyta gwiazdy w naszym kraju i już niedługo ponownie będę miał przyjemność ją usłyszeć.

[AFG_gallery id=’13’]