To co się działo na koniec koncertu, to było istne szaleństwo. Zamiast sztampowego schodzenia i wchodzenia na bis, Garrett pyta: Are you happy people? I zaczyna grać tak radosną, pełną werwy i pozytywnej energii melodię, że publiczności nie przeszkadzało, że powtarzał ją przez bodaj pół godziny (!). Bez przerwy zresztą udając, że już kończy by raz po raz znowu zaczynać grać.

W Mościckim Centrum Kultury nikt nie siedział, starzy, młodzi, chudzi, grubi, i jeśli tacy byli, to z pewnością też niedołężni, wszyscy zerwali się ze swoich miejsc, tańczyli, śpiewali i klaskali. Kilkanaście osób (wliczając to autora tej relacji) na zaproszenie Garretta wbiegło na scenę, żeby pląsać tam razem z zespołem.

Ten fantastyczny finał poprzedzony był blisko dwu godzinnym koncertem, na którym Kenny grał utwory ze swojej ostatniej płyty „Seeds From The Underground”. Było doskonałe „Boogety, Boogety”, „J. Mac”,  świetne „Welcome Earth Song”,  liryczne „Detroit”,  czy „Haynes Here”.

Jest taki jeden elektryzujący moment w studyjnej wersji „Haynes Here”. To już ostatnie sekundy utworu, wszystko cichnie, Garrett wykonuje jeszcze ostatnią figurę na saksofonie, w tle pojawia się strzęp kobiecego śpiewu. Trwa to może 3 sekundy, ale ma jakąś niesamowitą wibrację.

Na koncercie Garrett zamienia 3 sekundową wibrację, dokładnie tę która tak elektryzuje na płycie, na kilkunastominutową – improwizację. Pełną cytatów z „A Love Supreme” i nieprawdopodobnego rozedrgania, tego właśnie nieopisanego duchowego klimatu, który tak dobrze znamy z płyt Johna Coltrane’a.

Wspaniali grali towarzyszący Garrettowi muzycy. Vernell Brown na fortepianie, Corcoran Holt na kontrabasie (zagrał w „J. Mac” takie solo, że szczęki opadały), McClenty Hunter na perkusji oraz Rudy Bird na perkusjonaliach.

Muzyka Kenny’ego to przede wszystkim doskonałe, ale zupełnie nietrywialne melodie. Radość, rześkość i witalność. Ach, (autor relacji się rozmarzył)… Fajnie jest żyć na tym samym świecie co Kenny Garrett.