Lola Young wraca z albumem, który jest bardziej wyznaniem niż kolejnym etapem kariery. „I’m Only F**king Myself” to surowa, bezpośrednia i emocjonalnie rozedrgana opowieść o autoironii, zranieniu i nieustannej walce z samą sobą. Już sam tytuł zdradza, że nie będzie tu miejsca na półśrodki. Young nie filtruje emocji – zamiast gładkich wyznań dostajemy krzyk, sarkazm i spowiedź, które brzmią tak, jakby zostały nagrane wprost po rozstaniu, bez żadnej cenzury.


W porównaniu z poprzednim albumem, „This Wasn’t Meant For You Anyway”, nowa płyta jest bardziej intensywna i nieprzewidywalna. Tamta produkcja stanowiła swoisty manifest dojrzewania – była „brudna”, ale poukładana, z domieszką pewności siebie i ironicznym dystansem. „I’m Only F**king Myself” natomiast porzuca porządek na rzecz chaosu emocji. To, co wcześniej było autentycznym gniewem kontrolowanym przez formę, teraz eksploduje w pełnej sile. Young nie tylko śpiewa o bólu, ale wręcz go przeżywa na naszych oczach.

Brzmieniowo album to mieszanka alt-popu, R&B i indie-rocka. Produkcje Solomona Phonica i Cartera Langa nadają całości surowego, niemal garażowego klimatu, który doskonale współgra z chropowatym głosem artystki. Utwory takie jak „SPIDERS” czy „F**K EVERYONE” brzmią jak gniewne katharsis – intensywne, zadziorne, ale szczere. Z kolei „One Thing”, singiel promujący płytę, wprowadza odrobinę lekkości, nie tracąc przy tym charakterystycznej dla Young emocjonalnej autentyczności. To muzyka, która nie próbuje być perfekcyjna – ma być prawdziwa.

Lirycznie Young odsłania się jeszcze bardziej niż wcześniej. Jeśli w „This Wasn’t Meant For You Anyway” śpiewała o relacjach z innymi, tutaj konfrontuje się głównie z samą sobą. Analizuje błędy, słabości i autodestrukcyjne mechanizmy, które nadają tytułowi dosłowne znaczenie. Ta szczerość jest zarazem największą siłą, jak i potencjalną pułapką albumu – momentami teksty zlewają się w jeden emocjonalny monolog, w którym trudno o chwilę oddechu. Mimo to trudno odmówić Young odwagi – to artystka, która nie boi się zabrzmieć „nieładnie”, jeśli tylko dzięki temu pozostanie sobą.


W porównaniu z poprzednim wydawnictwem widać też ewolucję w samej narracji. Tam, gdzie „This Wasn’t Meant For You Anyway” było zapisem obserwacji i próbą uchwycenia tożsamości, „I’m Only F**king Myself” to autoportret w ruchu – chaotyczny, emocjonalny, ale bardziej prawdziwy. To płyta, która nie tyle stara się opowiadać historię, co uchwycić jej moment – nawet jeśli jest on niewygodny.

Ostatecznie „I’m Only F**king Myself” to odważny, nieidealny, ale bezkompromisowy album. Young potwierdza, że jest jedną z najbardziej autentycznych artystek młodego pokolenia brytyjskiej sceny pop-alternatywnej. Jeśli „This Wasn’t Meant For You Anyway” było zapowiedzią jej charakteru, to ten krążek jest jego pełnym manifestem. Nie każdy będzie gotowy na ten emocjonalny rollercoaster, ale ci, którzy się odważą, znajdą w nim szczerość, jakiej we współczesnym popie coraz trudniej szukać.

Ocena płyty: