Brytyjska wokalistka Yazmin Lacey powraca z drugim pełnowymiarowym albumem, który stanowi wyraźny krok naprzód w jej artystycznej podróży. „Teal Dreams” to nie tylko zbiór utworów — to opowieść o marzeniach, odpoczynku i wewnętrznych przemianach, opowiedziana przy pomocy dźwięków, których korzenie sięgają kołysanek ska i lovers’-rocka oraz współczesnego soulu.

Już w tytule słychać wiele znaczeń: „teal” (odcień turkusu) sugeruje coś płynnego, nieoczywistego, a „dreams” wskazuje na sferę wyobraźni — miejsca, gdzie konfrontują się tęsknota i rzeczywistość. I rzeczywiście, album zajmuje to pomiędzy: czasem głośny, czasem subtelny, czasem intymny. Lacey śpiewa o ważnych sprawach — korzeniach, relacjach, odpoczynku — ale czyni to w sposób nieprzesadny, przemyślany i osobisty.

Na „Teal Dreams” artystka konsekwentnie rozwija własny styl — łączy elementy lovers’-rocka, dubu, ska, neo-soulu i R&B w sposób, który nie brzmi jak postmodernistyczna kolaż-gry, tylko jak naturalna ewolucja jej głosu i doświadczeń. Produkcja albumu, współtworzona m.in. przez Milesa Clintona Jamesa i Barney’ego Listera, zachowuje analogową ciepłotę: basy płyną, gitary kołyszą, wokal Lacey unosi się swobodnie, z niemal malarskim wyczuciem czasu.

Co ważne, płyta nie polega na efektownych trikach czy ostentacyjnym „nowym brzmieniu” — przeciwnie, odnosi się do historii czarnej brytyjskiej muzyki soul/jazz, ale nie w duchu nostalgii, lecz w duchu reinterpretacji: tu przeszłość staje się językiem do opowiedzenia dziś, nie muzealnym artefaktem.

Centralnym motywem albumu jest odpoczynek jako forma oporu — Lacey nie mówi tu o heroicznych zrywów, ale o małych gestach: spaniu, marzeniu, odpuszczaniu. Jednocześnie pojawiają się motywy wzrostu („wild things”, korzenie), relacji („crutch”, „rear view”), a także akceptacji siebie („I should give myself some grace”). W jednej z piosenek dom staje się erotycznym polem, w innej przyjaźń — płynną rzeką, która zmienia kształt, ale nie zanika. W kilku momentach Lacey przywołuje karaibskie dziedzictwo — jej wersje lovers’-rocka mają w sobie zarówno taneczny luz, jak i wymiar kulturowej pamięci.


Album zachwyca przede wszystkim głosem Lacey — naturalnym, pełnym niuansów, świadomym swojego instrumentu, nie udającym niczego więcej niż siebie. Teksty są konkretne: mycie partnerowi włosów, zapach porannej kawy, znajomość czyjegoś sposobu jedzenia jajek — to drobiazgi, które czynią ją bliską i wiarygodną. Brzmieniowo płyta ma spójność, mimo że przemieszcza się między gatunkami.

Jeśli miałbym wskazać potencjalną słabość — to momenty, w których album chwilami może wydawać się zbyt spokojny, wymagający od słuchacza cierpliwości, bo nie wszystkie utwory są od razu chwytliwe. Ale to też cecha — nie wszystko podane jest do natychmiastowego odbioru, co powoduje, że płyta zyskuje przy kolejnych odsłuchach.

„Teal Dreams” to płyta, która daje słuchaczowi zarówno przyjemność z digestu muzyki – połączenie lovers’-rocka, soulu i ska – jak i głębszą warstwę refleksji: o tym, jak żyć, odpoczywać, kochać i wracać do siebie. Jeśli szukasz albumu, który nie jest szybką rozrywką, ale subtelną opowieścią — ten może być dla Ciebie. Lacey pokazuje, że marzenie może być codziennym aktem, a odpoczynek — formą siły.