Samara Joy, trzykrotnie nagrodzona nagrodą Grammy przyjedzie niebawem do Polski, by 12 kwietnia wystąpić w katowickim NOSPR (bilety na koncercie znajdziecie, tutaj). W poniższej rozmowie opowiedziała mi o swojej drodze do jazzu, o fascynacjach tym gatunkiem i rozwoju w jego obrębie i nie tylko, a także o kolejnych planach muzycznych.


Wychowałaś się na Bronxie, Twoi dziadkowie działali w chórze gospel w Filadelfii, a Twój ojciec jest basistą, zorientowanym zdaje się na funk. A tymczasem Ty zajęłaś się jazzem…

(śmiech) Dorastając, poznałam fundamenty gospel, ale też wspomnianego funku oraz r&b i soulu. Uwielbiałam autentyzm tych gatunków. Jazzu zaczęłam słuchać dopiero jako siedemnastolatka. Kiedy zaczęłam go poznawać, nie zakochałam się od razu. Jazz był dla mnie wtedy kolejnym gatunkiem muzycznym. Nie mniej, zainteresował mnie. Gdy dostałam się do college’u, zdecydowałam się mu poświęcić bardziej.

Rozumiem, że rodzina nie wprowadzała Cię w arkany jazzu?

Niezupełnie. Słuchałam muzyki inspirowanej jazzem jak George Duke, ale nigdy stricte rzeczy gatunkowych. Teraz odkrywam jazz dla siebie w coraz szerszym spectrum.

Przypuszczam, że wychowując się na Bronxie, miałaś do czynienia przede wszystkim z hip hopem?

Tak, ale tylko wtedy, gdy dostawałam zgodę na słuchanie hip hopu (śmiech). Moja rodzina nie za bardzo poważała hip hop. Zresztą myślę, że różne gatunki muzyki oddziałują różnorodnie na ludzi. Był moment, kiedy słuchałam sporo hip hopu, ale nigdy nie przemówił do mnie w taki sposób jak twórczość wokalistek soulowych, czy jazzowych. Wydaje mi się, że to kwestia preferencji.

Jesteś porównywana wokalnie do Sarah Vaughan, czy Elli Fitzgerald. Ja natomiast w twoich nagraniach słyszę głos bardzo dojrzałej wokalistki.

Też słyszę pewną dojrzałość, ale także wszystkie niedoskonałości, które chciałabym zmienić lub poprawić. W ciągu ostatnich kilku lat miałam możliwość rozwinąć swoje umiejętności wokalne. Ten proces trwa cały czas.


Słychać to także na obu Twoich płytach, wypełnionych standardami jazzowymi, które nagrałaś. Masz ulubiony okres w jazzie pod tym względem?

Hmm, to się stale zmienia, co w tak szerokim gatunku jak jazz, jest dość naturalne. To się wiążę nieco z poprzednim pytaniem – w miarę poznawania jazzu, zmieniają się moje upodobania w tym gatunku. Nie mam ulubionego okresu w jazzie, bo ta muzyka inspiruje mnie pod wieloma względami: emocjonalnym, lirycznym, interpretacyjnym, kompozytorskim, wykonawczym.  A standardy jazzowe, to zaledwie wierzchołek tej muzyki. Cieszę się, że mam możliwość dodania fragmentu siebie do tej wieloletniej tradycji.

Zaczęłaś poznawać jazz od początku, powiedzmy od lat 20 ubiegłego wieku?

Właśnie nie – zaczęłam od końca (śmiech). Od lat 80 i 90. Z czasem zaczęłam się zagłębiać w historię gatunku wstecz. Jeśli na przykład słucham Abbey Lincoln, to słyszę w jej głosie wpływy Billie Holiday oraz bluesmanów, których słuchała, a jednak słyszę, że udało jej się stworzyć własną, unikalną formę interpretacji i śpiewu. Jej głosu nie sposób pomylić z żadnym innym. Podobnie jest z Betty Carter i wspomnianą przez Ciebie Sarah Vaughan. One stworzyły swoją jakość w interpretacji standardów.

Wiemy jak śpiewasz, a czy potrafisz też scatować?

Nie, ale w ostatnich tygodniach miałam okazję nagrać sporo nowej muzyki i rozmiłowałam się w wokalizach.Myślę, że w przyszłości będzie to kolejna z form, w której będę śpiewała. Uwielbiam jednak słuchać scatu Elli Fitzgerald, choć tego nie potrafię (śmiech). Poza tym gram na pianinie.

Zatem te wokalizy, które ostatnio zarejestrowałaś są bliżej Elli, czy np. Bobby’ego McFerrina?

Są bliżej mnie. Nie robiłam wielkiej rewolucji, nie zmieniłam stylu o 180 stopni. A Bobby jest niedoścignionym wzorem, z którym chyba nie mam śmiałości się mierzyć.

Jak wspomniałem – nagrałaś dwie płyty ze standardami jazzowymi. Niedawno pojawił się utwór „Why I’m Here”, który zarejestrowałaś do filmu „Shirley”, a który utrzymany jest w klimacie gospel i brzmi dość orkiestrowo. Czy to również jeden z Twoich kierunków muzycznych na przyszłość?

Jak najbardziej. Staram się wykorzystywać okazję do współpracy z różnymi grupami muzyków, zwłaszcza z takimi, którzy nie pochodzą z mojej stylistyki muzycznej. Chcę także w ten sposób odkrywać nowe rzeczy. Wszystkie większe składy, oktety, big bandy, czy orkiestry, to zawsze możliwość sprawdzenia się w nowym otoczeniu muzycznym.


Cały czas mówimy o standardach i interpretacjach. A kiedy poznamy Samarę Joy od całkowicie autorskiej strony?

Mam nadzieję, że już jesienią ukaże się nowy album. Napisałam też własne teksty, co było nie lada wyzwaniem. Wcześniej pisałam jedynie teksty do solówek instrumentalnych w danych standardach.

W kwietniu wystąpisz na koncercie w Polsce. Wiem, że występujesz na tej trasie z dwoma składami. Z którym z nich pojawisz się w naszym kraju?

Ta trasa rzeczywiście jest podzielona na koncerty w dwóch składach: triem i oktetem. W Polsce wystąpię zdaje się z triem.   


Bilety na koncert znajdziecie, tutaj.