W zeszłym roku wielkim triumfem i fascynacją okazał się album Samary Joy. Stała się ona z dnia na dzień bohaterką jazzowego świata, który dzielnie czeka na zaskakujące wokale. Ostatnio aż tak bardzo zachwyciła mnie tylko Gabrielle Cavassa w 2020 roku za sprawą debiutanckiego, autorskiego albumu. Czekam z niecierpliwością na jej drugi album i czuję, że coraz bardziej jestem go głodny, ale na szczęście pomaga mi w tym Samara, która szybko wróciła z nowym materiałem na „Linger awhile”. 


Debiut wypełniony był dwunastoma coverami soczystych standardów w anielskim wykonaniu. „Linger awhile” jest wypełniony… dziewięcioma coverami standardów w równie anielskim wykonaniu plus jeden premierowy bonus. Są rarytasy takie jak „Can’t get out of this mood” z repertuaru Sarah Vaughan, czy też “‘Round MidnightThelonious Monk’a, gdzie tradycyjny tekst zmieniono na ten, który dopisał Jon Hendricks. Są to jednak ku mojemu delikatnemu rozczarowaniu ciągle tylko covery. Perfekcyjnie zinterpretowane co bardzo mi się podoba i zachwycony jestem Samarą, ale jednak liczyłem po cichu na coś autorskiego. Wokalnie dzieje się absolutny zachwyt, który odrobinę przewyższa pierwszą płytę, a to dlatego, że Samara przez ostatni rok mocno koncertowała i to na największych scenach. Słychać to w jej głosie, który jest jeszcze bardziej wyluzowany i skory do wędrówki po dźwiękach. Jest on bardziej otwarty na swobodę i jeszcze bardziej przekonany o swoich walorach co cieszy mnie niebywale. Szkoda, że nie idzie za tym równie rozwojowa produkcja i aranżacja. Pojawiają się wszak dęciaki we wspomnianym “‘Round Midnight”, ale reszta jest bliźniacza z zeszłorocznym albumem. Gitarą zajął się ponownie znakomity Pasqualle Gasso, za perkusją niemniej wybitny Kenny Washington no i oczywiście David Wong na kontrabasie w duecie z pianistą Benem Patersonem

Wywodząca się z wokalnej rodziny Samara Joy nosi miłość do śpiewania w ciele i duszy co dla mnie najlepiej obrazują dwa faworyty. Pierwszym jest „Guess who I saw today”, które ku mej uciesze stało się singlem i ma subtelny, lekko filmowy teledysk, w którym to pierwszy raz odkrywam wokalistkę jako bardzo dobrą aktorkę. Utwór ten wybija się tajemnicą i cudownym liryzmem. Opowiedziane muzyką jak mało która piosenka. Drugi to następny na setliście i jedyny współautorski „Nostalgia (the day i knew)”, w którym to ta młoda amerykanka pokazuje jak bardzo kocha śpiew, jazz i fikołki po skali. Tutaj też kluczową rolę odgrywa Grasso doświadczając słuchacza pięknie wplecionymi improwizacjami. Koniecznie zwróćcie uwagę na wokalne zakończenie, które zdawałoby się ma zwyczajne vibrato, ale tam na samym końcu dzieje się coś więcej. Takie smaczki kupują mnie najbardziej. 


Współczesnych głosów ubarwiających świat jest niewiele. Kibicuję Samarze z całych sił i równie mocno ją uwielbiam, ale dla mnie ten album jest zbyt mały na jej możliwości. Verve Records, do której należy powinna zadbać i inwestować, aby Joy rozkwitała bardziej własnym materiałem. I chociaż chce mi się tańczyć do „Sweet pumpkin”, a odklejam się od rzeczywistości przy „Someone to Watch over me” to są to dla mnie tylko zwiastuny. Biorę pod uwagę, że jest ona jeszcze na tyle młoda, że szuka (może) własnej ścieżki, ale z kolei jej dojrzały wokal i sposób jakim nim operuje mówią coś zupełnie odwrotnego. Mianowicie, że jest ona dojrzałą i kompletną artystką gotową stawać na podium. Dla mnie to ją właśnie charakteryzuje, ale i stąd też rosną wymagania. Znakomity album jako czekadełko do dania głównego. Adorować nie przestanę. 

Ocena płyty: