Dwa lata temu zachwyciłem się albumem „Here be dragons”, który jako trzeci w swojej dyskografi nagrał Oded Tzur. Ten nowojorski saksofonista urodzony w Jerozolimie wziął sobie za cel scalać współczesny klasyczny jazz z bogactwem kolorów indyjskiej muzyki etnicznej. Taki bowiem obrał kierunek swojej akademickiej drogi zarówno w Londynie jak i później w Ameryce. Czwarty album, „Isabela” jest jakoby kwintesencją jego dotychczasowej drogi. Jakże skromna, zawierająca tylko 5 utworów płyta koncepcję swego istnienia oparła na melodyjnej, modlitewnej formie improwizacji indyjskiej: Radze. 


Raga ma swoje charakterystyczne elementy wynikające z emocjonalnego podejścia do chwili i uwalnianej z niej energii. Taka właśnie jest „Isabela”. Rozpoczyna się krótkim „Invocation” wprowadzającym w szkielet melodii przewijającej się aż do samego końca. Jest to bowiem ciąg spójnych fraz i rozwiązań scalający się w jedną drogę-opowieść. Oded Tzur słynie w świecie ze swojej wrażliwości muzycznej, którą znakomicie przekłada na saksofon tenorowy będący jego środkiem wyrazu. Towarzyszą mu Nitai Hershkovits (fortepian), Petros Klampanis (kontrabas) oraz Johnathan Blake (perkusja). Całość skomponowana przez Tzura nagrana została w Auditorio Stelio Molo w Szwajcarskim Lugano, jakże znanym patrząc na inne wydawnictwa ECM

Tytułowy utwór jest na tym albumie kulminacyjnym i najbardziej rozwijającym się, ale mnie ta płyta podoba się jako całość. „Noam” bowiem przygotowuje ten emocjonalny spektakl delikatną barwą sentymentu, gdzie Tzur przepięknie oznajmia o co mu chodzi z połączeniem jazzu i etno-indie. Klasyczne harmonie wzbogacone ornamenturą i wirtuozerią saksofonu oraz fortepianu rozwijają się tutaj w pełni magicznie. „The Lion Turtle” hipnotyzuje tytułem, dzięki któremu jeszcze bardziej skupiam się na opowiadanej historii. Zaczyna się bowiem dziać bardziej energetycznie. Wspomniana już „Isabela” będąc finałem ma w sobie więcej tajemniczości jak i bogactwa improwizacji. Izraelska krew i indyjska pasja mieszają się z nowojorskim podejściem do kompozycji. Jest to jednak wypadkowa wszystkich utworów znajdującym się na tym albumie. Kończący całość „Love song for the Rainy seasson” nie pozostawia sentymentalnego smaku, a wręcz odwrotnie. Pobudza i eksponuje te pokłady energii, które nie miały szansy zalśnić na wcześniejszych utworach.

Przyznam, że trochę rozczarowało mnie iż album trwa tylko pól godziny, ale ratuje go to, że pomimo spójności słucha się go z ogromnym zaciekawieniem i jednoczesną przyjemnością. Zachwyca doborem rozwiązań, wyważonymi improwizacjami i szlachectwem melodii, dzięki czemu jest on bardzo uniwersalny w odbiorze. Nie potrafię słuchać go tylko jeden raz. Trzy albo cztery to minimum, bo jest to tak dobre, że nie chcę aby się tak nagle kończyło. Kiedy muzyka wychodzi z wnętrza i potrzeby emocji, wtedy dzieją się właśnie tak eleganckie dzieła jak „IsabelaOded Tzura

Ocena płyty: