Najnowszy album Lykke Li „EYEYE” jest dostępny na platformach cyfrowych. Fizycznie płyta ukaże się 17 czerwca nakładem wytwórni Play It Again Sam. „EYEYE” jest to najbardziej intymny projekt artystki, który ponownie połączył ją z wieloletnim współpracownikiem Björnem Yttlingiem. To ich pierwsza wspólna praca od czasu wydanego w 2014 roku albumu „I Never Learn”. Nagrany w sypialni w Los Angeles, „EYEYE” jest próbą skompresowania romantycznej obsesji i kobiecych fantazji w hiper zmysłowy krajobraz.

Albumowi towarzyszy siedem zapętlonych wizualizacji: razem muzyka i obraz odsłaniają szerszą narrację, opowieść o powracających cyklach miłości, o pożądaniu, przyciąganiu, przywiązaniu i odrzuceniu, obsesji (tytuł albumu i czas jego trwania są palindromiczne). Każdy obraz funkcjonuje jak wizualna pętla, zwięzła jak haiku, ale trwająca w nieskończoność. Rezultatem jest somatyczne, powtarzające się doświadczenie. Składające się na siebie rozdziały pomiędzy snem a rzeczywistością. „EYEYE” nie jest powrotem do formy. To ostateczna konfrontacja Lykke z formą, która zdefiniowała jej karierę. To opus magnum piosenkarki.

Wyreżyserowane przez Theo Lindquista i nakręcone na 16-milimetrowym filmie przez operatora Edu Grau („A Single Man”, „Passing”), jednominutowe wizualizacje to fragmenty większej historii. (Męską gwiazdą jest Jeff Wilbusch z Oslo i Unorthodox).

„Chcieliśmy uchwycić piękno i wspaniałość trzygodzinnego europejskiego filmu artystycznego, a jednocześnie stworzyć coś, co wywodzi się z nowoczesnych mediów” – mówi Lykke. „Przekazać pełne doświadczenie filmu w sześćdziesiąt sekund na ekranie telefonu, czyli tam, gdzie obecnie odbywa się większość naszych emocjonalnych przeżyć”. Teledyski przywołują główne tematy albumu – fantazję, powtórzenia i nieskończone pętle, w których tkwimy. Zostaną one opublikowane na wszystkich platformach, w tym na Instagramie, TikTok i YouTube.


Po czterech studyjnych albumach dobrze przyjętych przez krytyków, Lykke chciała użyć innej palety do stworzenia „EYEYE”. Narzuciła sobie dogmatyczny zestaw zasad, które miały rządzić każdym aspektem produkcji. Nie było żadnych click-tracków, żadnych słuchawek ani instrumentów cyfrowych. Płyta została zmiksowana na taśmę przez Shawna Everetta w ciągu kilku miesięcy w Los Angeles. Rezultatem jest 33-minutowa, mieniąca się karuzela, która prowadzi przez emocjonalną przestrzeń, z oszczędną produkcją, wirującymi analogowymi syntezatorami i masywnymi, popowymi hakami, które długoletni fani uznają za główny atut wokalistki.

„Chciałam, żeby ta płyta była intymna jak słuchanie notatki głosowej po zażyciu LSD” – mówi Lykke.