Ukraiński jazz z Kanady w amerykańskim stylu? Czemu nie! Takie cuda są możliwe za sprawą albumu „The way I hear”, za którym stoi Bogdan Gumenyuk. Saksofonista pochodzący z Berdyczowa osiadł w Montréalu, gdzie ukończył Jazz Performance na tamtejszym McGill University. Działa tam do dziś jako edukator oraz spełnia się jako artysta. W 2017 roku wydał wraz z zaprzyjaźnionymi muzykami debiutancki album, a niebawem, bo wiosną 2022 roku wytwórnia Label Who Able, do której należy zapowiada jego kolejną płytę. Skupmy się jednak na debiucie, bo jest on dość niespodziewany w swojej formie.


To co nasuwa się po pierwszym odsłuchaniu, to niesamowicie autentyczny amerykański klimat. Z łatwością można między dźwiękami znaleźć old jazz, swing jak i delikatny bebop. Co najfajniejsze, skojarzenia idą bardziej w American Song Book, chociaż kompozycje są całkowicie premierowe za co odpowiada autorsko sam Gumenyuk. Mam nieodparte wrażenie, że motywem przewodnim całego materiału jest utwór GershwinaLady be good”. Najbardziej widocznie jest to w „Peaceful neighbors” oraz „Convenient circumstances”. Także jedyny wokalny kawałek na płycie „Time after time” to równie niesamowita przygoda. Po pierwsze znowu melodyjne i jakże amerykańskie, po drugie naprawdę bardzo dobrze zaśpiewane. Jeśli lubicie Anthonego Stronga to będziecie zadowoleni z wokalu Gumenyuka. Aranżacje na albumie są bogate. Czasami mam wrażenie, że jednak aż nadto. Zebrany materiał jest klarowny, ale zaproszeni goście są wyjątkowymi indywidualistami. Słychać, że nie jest to band dotartych przez lata prób i występów kumpli, a formacja gościnna, gdzie każdy pragnie dać z siebie wszystko co najlepsze. Czasami jednak warto zagrać na 99% aniżeli na 101%, bo tak cienka granica potrafi być radykalna. Nie jest to jednak przerost formy nad treścią, co przez ułamek taktu mnie wystraszyło. A któż to tak zagrał? John Swana na jakże charakterystycznym evi, Luis Perdomo przy fortepianie, za bas odpowiedzialny jest Sandy Eldred, a Mark Whitfield II za sekcję rytmiczną. Jest także gość specjalny, czyli ukraiński pianista Fima Chupakhin ubogacający tytułowy numer. 

Fajnie, że są charakterystyczne momenty skupiające uwagę. Na pewno takim właśnie jest tytułowa kompozycja, jak również lekkie „Spring song”. Równie warte uwagi jest wspomniane „Time after time”, ale to ostatni utwór zrobił na mnie największe wrażenie. „The Story of a Warrior” jest jasną i przyjemną kompozycją, jednakże dysonans nadchodzi gdy wsłuchamy się w to, co mówi tam owy Warrior. Otóż jest to żołnierz, który walczył (wcale nie tak dawno temu, bo w 2013-2014 roku) na Majdanie. Chodziło wtedy o ruch społeczny sprzeciwiający się ówczesnej władzy, który został okrutnie i krwawo stłumiony… świadectwo rozmowy z walczącym tam bohaterem jest naprawdę dobitne. Opowiada on zarówno o tym co było dla Niego najstraszniejsze, jak i o tym jak bardzo dumny jest, że walczył o swój kraj. Wplecione to jest w dość kontrowersyjny koncept, gdzie merytoryczny dramatyzm skonfrontowany jest z przeciwstawnym klimatem melodyjnym. Muszę przyznać, że utwór ten zarówno zaintrygował jak i mnie poruszył. 


The way I hear” odbiega od wschodnio-europejskiego jazzu. Naturalnym wszakże jest dostosowanie się do kultury miejsca, w którym się osiada. Sprawia to natomiast, że ukraiński jazz nabiera rozmachu i udowadnia, że ewoluowanie jest jak najbardziej porządne. Gdyby nie Montreal, to Bogdan Gumenyuk pewnie nie zebrałby tak znakomitych artystów i zapewne nie nagrałby tak „amerykańskiego” materiału. Myślę, że jest to fantastyczna promocja, dzięki której Ukraina ma swoje miejsce w światowym jazzie.