Dziwne to uczucie: niby płyta studyjna, a sprawia wrażenie, jakbym zaprosił wokalistkę z muzykami do siebie na drinka, a oni przy okazji, od niechcenia, pośpiewali u mnie w domu. Albo w motelu gdzieś w Nashville, gdzie barman nie ma zbyt wiele do roboty, a rozmarzeni kelnerzy nie odrywają wzroku od pięknej wokalistki. Chyba mnie samego ta wizja rozmarzyła.

Nie da się ukryć, że płyta Adele30” swoim intymnym klimatem zatrzymuje czas na prawie godzinę. A może to po prostu kwestia marnej pogody za oknem. Jedno jest pewne: to raczej rzecz na długie zimowe wieczory (z bliską osobą?) w towarzystwie kubka ciepłej herbaty i światełka lampki. Przyjemnie otula ciepłymi dźwiękami, pięknymi, poetyckimi tekstami i skłania do zadumy nad losem swoim, ewentualnie świata. W sam raz dla tych, którzy lubią się troszkę podołować. W celach terapeutycznych, rzecz jasna.


W życiu Adele najwyraźniej nastąpiły zmiany, bo jej twórczość emanuje wylewającą się goryczą. Rozpalone emocje znalazły swe ukojenie w tekstach, które pełne są słów „pain” i „lonely”. Choć z drugiej strony, niemal wszystko jest tu spokojne, stonowane, wyciszone, mniej wyraziste. Trochę szkoda. Ale tylko trochę, bo na szczęście Adele jednego nie straciła, najważniejszego – weny. Muzycznie wciąż ma wiele do powiedzenia i to się liczy najbardziej.

Adele znów sporządziła melodyjne, urokliwe, często balladowe utwory, w których najbardziej liczy się jej śpiew i które można spokojnie można zagrać wyłącznie na gitarze akustycznej. To ostatnie stwierdzenie należy do wielkich uproszczeń, bo Adele nie odcięła się histerycznie od dotychczasowych dokonań – dyskretnie wyciągnęła z nich co nieco i w ten sposób przyozdobiła swoje bezpieczne, akustyczne schronisko.

Kiedy włożycie tę płytę do odtwarzacza i z głośników popłyną pierwsze dźwięki kompozycji „Strangers by Nature”, wasze koty z zadowoloną miną spojrzą w stronę kolumn i ze spokojem ułożą się w ich okolicy… Zaczyna się niby tak smętnie i monotonnie. To jednak tylko pozory. Bowiem „Easy On Me” tak miło snuje się po ciepłych przestworzach zadumy. Z kolei takie utwory jak „My Little Love”, „Hold On”, „Love Is A Game” po prostu pieszczą duszę. Swą subtelnością, wiotkością, pięknem. Wrażenie robi też „Oh My God” – pod względem dynamiki najbardziej zróżnicowana kompozycja na płycie.


Wyjątkowy klimat tej płyty jest zasługą niesamowitej interpretacji Adele oraz delikatnych, ulotnych, baśniowych brzmień podkładów. Adele dysponuje głosem ciepłym i dźwięcznym. Głosem, któremu nieobca jest soulowa ekspresja. Głosem – o ile można użyć takiego określenia – dostojnym.

Ten album to ukłon w kierunku muzycznej tradycji. Pod każdym względem: repertuaru, aranżacji, wykonania. Na płycie znalazło się dwanaście utworów, rozpisanych na tradycyjne instrumentarium: fortepian, gitarę elektroakustyczną, kontrabas, perkusję, sekcję dętą. Partie wszystkich instrumentów mogłyby równie dobrze zostać skomponowane pięćdziesiąt lat temu (albo i wcześniej). Muzycy grają powściągliwie, z wyczuciem, ale jakby bez ognia i choć niektórym zdarza się zagrać solówkę, generalnie wszyscy funkcjonują w tych nagraniach jako akompaniatorzy. A gwiazdą jest – zgodnie z ustaloną tradycją – wokalistka. Dobrze, że ktoś strzeże tak wspaniałej tradycji.

Po kilku przesłuchaniach „30” staje się płytą, którą znałaś/łeś od zawsze. Już trudno sobie wyobrazić, że kilka miesięcy temu tych piosenek nie było. Jak to nie było? Przecież to standardy w swoim gatunku. Wszystkie dwanaście utworów z tego albumu.

Ocena płyty: