Na drugi album duetu Eeg & Fonnesbæk czekałem z wielką niecierpliwością. Ich pierwszy wspólny projekt z 2015 roku jest jednym z moich ulubionych w kolekcji jazzowych płyt. Ona, czołowa duńska wokalistka, której atutem jest niski, ciepły, zamszowy wokal i fantastyczne frazowanie oraz On, znakomity kontrabasista realizujący zarówno własne projekty, jak i będący rozchwytywanym sesyjnym muzykiem w Skandynawii. Jak dobrze, że znaleźli czas, aby znów wspólnie uraczyć nas albumem pełnym jazzu, nostalgii, poezji i wzajemnej miłości do muzyki.


Na albumie „Staying in touch” tych dwoje duńskich artystów sięga po kompozycje ze swojego i światowego repertuaru. „Spring Waltz” oraz „Orphans” są autorskim dziełem Fonnesbæka oraz Helen Hansen. Z kolei „Streets of Berlin” to utwór Eeg, który znalazł się na albumie „Don’t be so blue” z 2010 roku. Pozostałe 8 pozycji to kompilacja muzyki od Joni Mitchel, przez Cole Portera, Beatlesów, aż do Theloniousa Monka. Co z tego wyszło? Porządna, przemyślana ale i frywolna w interpretacji płyta pełna smakowitego jazzu. W „How deep is oceanSinne demonstruje swój talent do skatowania, a Thomas ukazuje bogactwo basowego solo i jest to mój faworyt z na tym albumie. Esencja moich dwóch ulubionych skandynawskich artystów. 

Od pierwszego wydawnictwa przed 6 lat nowy album różni się najbardziej tym, że pojawiają się goście. W trzech numerach usłyszeć można sekcję smyczkową Live Strings, która ubogaca, ale nie wybija się na pierwszy plan, robiąc jedynie za tło. Na uwagę zwłaszcza zasługuje „Those who were”, które wzbudza zachwyt nie tylko aranżacją, wokalem, przestrzenią smyczków, ale także pięknym lirycznym tekstem autorstwa Freeman i Pedersena. Utwór brzmi lekko i jasno, nie tracąc przy okazji nostalgii, która przewija się przez „Staying in touch”. Wyjątkiem są „Just one of the things”, które w czasie swoich niespełna dwóch minut robi tu energetyczny zwrot co by szerzej otworzyć oczy, oraz „Too Close for Comfort” dobrze znane każdemu melomanowi, które energią także wzbudza chwilowe nóg podrygi. A kto lubi nieoczywiste linie melodyczne, tego usatysfakcjonuje „Take five” z repertuaru Dave’a Brubecka. Tak naprawdę, to o każdym utworze znajdującym się na tym albumie można napisać, że jest w punkt! Zgadza się tutaj wszystko. Skrajny minimalizm cechuje się tym, że trudno aby coś w nim przeszkadzało, aczkolwiek nie lada wyczynem jest zarazem zrobić z niego pierwszorzędny projekt. Im znowu się udało.

Dla mnie, jako fana Sinne oraz Fonnesbæka jest to album doskonały, aczkolwiek nie wzbudza on we mnie takich samych emocji jak poprzedni, gdyż teraz wiedziałem czego mogę się spodziewać. Niczym mnie zatem nie zaskoczyli, ale także nie rozczarowali. Jazz jaki prezentują jest szlachetny, klasyczny, rzekłbym nawet dostojny. Najbardziej pasuje mi jednak określenie „dojrzały”. Oboje przecież nie zmuszają się do poszukiwania drogi, bo znaleźli ją dawno temu i sukcesywnie pielęgnują ją kolejnymi projektami. Te drogi właśnie znowu się skrzyżowały, a ja siadam obok i napawam się jakże uroczym ich spotkaniem. 

Ocena płyty: