Do najnowszego albumu z udziałem Adama Bałdycha nagranego dla prestiżowej wytwórni ACT podchodziłem trzy razy. Za pierwszym razem oczarowany poprzednim „Sacrum profanum” nie mogłem się w nim odnaleźć, bo Bałdych jakoś mi uciekał i nie mogłem go w całym tym materiale odnaleźć. Za drugim razem byłem zbyt naładowany komercyjnym jazzem, który sprawił że zwyczajnie w świecie nie był to „ten” dzień. Za trzecim razem zrobiłem solidny reset, zarówno jako słuchacz, ale także jako odbiorca, który w Bałdychu jest rozkochany. I wtedy się zaczęło.


Jeśli oczekujecie, że „Clouds” to ciąg dalszy albumu z 2019 roku, który tak nawywijał, że większości melomanom spadły czapki, kapcie i sufity, to trzeba się tego szybko wyzbyć. Najnowszy album nie jest albumem skrzypka. Jest on 1/3 całości na niej zawartej. Jako indywidualista i lider sprawdza się wszak perfekcyjnie, ale tutaj dzieli się po równo z dwojgiem kolejnych liderów. Vincent Courtois na wiolonczeli oraz Rogier Telderman (odpowiadający za produkcję) na fortepianie nie mają tu za zadanie wypełnić tło, albo sprawić od czasu do czasu ciekawą interpretację harmoniczną. Wszyscy spotkali się na scenie w 2018 roku dzięki Sound of Europe odbywającego się w Bredzie. Dalsza współpraca była tylko kwestią czasu. Cała trójca jest zarazem odrębną historią przewijającą się przez wszystkie utwory, ale żaden z nich nie rywalizuje i nie szuka dziury, aby dodać coś więcej od siebie. Uwielbiam takie momenty, kiedy muzyka jest trudna do zdefiniowania, bo tyle jest w niej złożoności. Każdego utworu można słuchać na kilka różnych sposobów skupiając się na jednym z trzech instrumentów wędrując po jego ścieżce. Można też chłonąc wszystko od razu, co uważam, że nie jest tu rzeczą prostą do zrobienia.

Przez pierwsze cztery utwory mam wrażenie, że jest tu dużo więcej klasyki, aniżeli chciałbym aby było. Szybko jednak okazuje się, że absolutnie nie jest to zarzut, bo kiedy pojawia się „The beginning of a dream” to jestem już pochłonięty i przesiąknięty „chmurami”. Ostrzegam jednakże, że jest to album dla wrażliwców. Niekoniecznie życiowych. Bardziej wrażliwców jeśli chodzi o detale i „międzydźwięki”. Bywa bowiem, że trio gra unisono, ale każdy z nich ma swoja własną, osobliwą dynamikę. Częściej jednak, tak jak w „Early springs” są to dialogi przenikające się warstwami improwizacji. Zdecydowana większość oparta jest na konsonansach, co dodaje lekkości i płynności. Czasami jest to ewidentne world music, tak jak w „Floricel”, które jest jakby hymnem wędrowców pełnym niedopowiedzenia, a balansuje je „And so” swoim spokojem i łagodnością. Mnie natomiast najbardziej urzekło „Jardin”. Bałdych, Courtis i Telderman wymieniają się tutaj grą w sposób bardzo klarowny i płynny. Chyba pierwszy raz tytuł albumu tak bardzo mi pomaga w jego odbiorze, bo (będąc niemałym maniakiem patrzenia na chmury) słyszę to, co niejednokrotnie zaobserwowałem na niebie, kiedy chmury z różnych stron i będące na różnych poziomach wysokości przenikały się wzajemnie. Właśnie tym jest dla mnie ta kompozycja. Jest jakoby puentą, której oczekuję za każdym razem, gdy słucham nowego albumu. Przewspaniałe.


O doskonałych albumach nie trzeba zbyt wiele pisać, bo one bronią się same i nie można temu nadmiernie przeszkadzać gloryfikacjami. Warto zaznaczyć, że „Clouds” to połączenie klasyki i ambitnego jazzu, otoczone szeroko pojętnym world music. Nie jest to album dla każdego, co nie oznacza, że każdy nie może się zostać tym wybranym. Personalnie zakochany jestem w patrzeniu w niebo, na chmury. Zarówno te gęste, poszarpane, delikatne, brudne, pojedyncze jak i wypełniające całą przestrzeń. Wszystkie one mają od dziś u mnie swoje odzwierciedlenie w muzyce. Trzech Panów, osobno jak i zespołowo zrobili album, który znów namieszał i wślizgnął się na tron. 

Ocena płyty: