Sam Smith zawsze świadomie starał się być wielkim wokalistą. Jego muzyka napędzana jest pewnego rodzaju melodramatem, co rzadko się zdarza we współczesnym popie. Czasami jednak twórczość Anglika jest nękana krytyką, że jest zbyt grzeczny, zbyt łagodny i to właśnie ta dychotomia – między niezwykłością a przyziemnością – określa trzeci album „Love Goes”.

Płyta ukazuje się sześć miesięcy później niż kiedy ją planowano jako „To Die For”. Zmianę terminu można wyjaśnić pandemią koronawirusa. Trudniej zrozumieć zamieszanie z tytułem. Być może Smith wydedukował, że świat i tak pogrążony jest w ponurym nastroju, by jeszcze bardziej dołować słuchaczy „płaczącymi sformułowaniami”.


W okresie poprzedzającym opóźnione wydanie, Sam Smith otwarcie mówił o swoich motywacjach do nagrania. Rzadko zdarza się gwiazda muzyki, która w trakcie rozstania z partnerem nie myśli sobie po cichu: „No cóż, przynajmniej wyjdzie z tego fajny album”. Nie żeby pisanie o rozstaniu było cynicznym przedsięwzięciem, a nawet szansą na wyrównanie rachunków. Trzeci album Sama Smitha, kataloguje wstrząsy następcze po rozstaniu z aktorem Brandonem Flynnem i jest jednym z najłagodniejszych albumów o zerwaniu jaki znam. Ale czego się spodziewać po nieśmiałym piosenkarzu, który obok Grammy, Oscarów i Złotych Globów z pewnością zasługuje jeszcze na nagrodę dla Najmilszej Osoby w show-biznesie. Jednak jeśli chodzi o pisanie piosenek, uprzejmość i przyzwoitość mogę doprowadzić do zguby. Przy całej melancholii „Love Goes”, tęskno chociaż za kilkoma ciosami.

Diamonds” besztają kochanka za jego zainteresowanie pieniędzmi, chociaż ostatecznie Smith decyduje się wziąć na siebie winę. W „Breaking Hearts” autor kreśli przejmujący obraz bezsenności i depresji, które towarzyszą złamanemu sercu. Materiał jest ewidentnie osobisty, ale w dziwnie sprzeczny sposób Sam często nie dociera do sedna sprawy – istnieje pewna emocjonalna nieśmiałość, która uniemożliwia, na przykład w słodkim, przygaszonym smyczkami „For The Lover That I Lost”, prawdziwe przebicie się.


O ile teksty nowych piosenek bronią się znakomicie, muzyka w większości przypadków razi monotonią, by nie rzec – nudą. „So Serious” – owszem, to wokalny majstersztyk; „Forgive Myself” – a jakże, wije się akordami; „Dancing With A Stranger” – naturalnie, z gwiazdorskim udziałem Normani, fachowo skonstruowany dla rozgłośni radiowych popowy numer. Lecz gdyby nie „Dance (‚Til You Love Someone Else)” – optymistyczny, zgrabny soul-popowy utwór i równie energetyzujący, bonusowy, „How Do You Sleep?”, można by Samowi pokazać żółtą kartkę. Bo nastrój jest tu za bardzo zamyślony, przesadnie balladowy, a tempo lodowate, z niewielkimi oznakami mocniejszego zrywu, za którym podobno tęskni piosenkarz.

Zatem to ta niespójność utrudnia odbiór „Love Goes”. Opóźniona z powodu pandemii, płyta dostała chyba za dużo czasu i miejsca na proces twórczy. Mogła być bardzo dobra, ale jej autor potknął się o własną uczciwość i perfekcjonizm. Nowa propozycja w bogatym przecież dorobku Sama Smitha nie jest dziełem udanym, dowodzi kryzysu twórczego muzyka i odzwierciedla introspekcję tego dziwnego, trudnego roku. Myślę, że nie możemy wymagać od niego ponownego wzniesienia się na wyżyny uformowane przez album „In the Lonely Hour”, ale na pewno nie chcielibyśmy, by kolejne albumy nie schodziły poniżej poziomu „The Thrill of It All”.

Ocena płyty: