Vladyslav „Adzik” Sendecki to polski pianista, od lat mieszkający w Niemczech. Na przestrzeni lat współpracował ze Zbigniewem Namysłowskim, Billym Cobhamem, braćmi Randym i Michaelem Breckerem, czy Jaco Pastoriusiusem. Stoi także na czele NDR Big Band. Nie traci jednak kontaktu z Polską, czego dowodem jest jego tegoroczna płyta z Atom String Quartet. Przedmiotem naszej rozmowy był jednak album „Two In The Mirror”, nagrany z niemieckim perkusistą Jürgen Spiegelem.


Nagraliście z Jürgenem bardzo ciekawą płytę – filmową i emocjonalną. Czy to było wasze pierwsze spotkanie?

Robiłem pewnego razu muzykę do filmu i telewizji. Jazz Baltica mnie o to poprosiła. Zaprosiłem wówczas Jürgena do współpracy, ponieważ on się zawsze jakoś niedaleko mnie krzątał (śmiech). Mijaliśmy się na festiwalach. Jego wersja jest taka, że słyszał mnie jeszcze w latach 90., więc postanowił do mnie zadzwonić i zaproponować, byśmy coś razem zrobili. W związku z tym zagraliśmy live do filmu i wyszło to bardzo fajnie. Od tego czasu utrzymujemy kontakt, a w lecie ubiegłego roku zdecydowaliśmy się wejść do studia i zarejestrować wspólny materiał. Wszystko wyszło spontanicznie i naturalnie.

Jürgen przyniósł pięć numerów, Ty kolejne pięć, a dwa napisaliście wspólnie?

To się tak mówi, że razem napisaliśmy. Po prostu obaj przy nich improwizowaliśmy w tych dwóch kawałkach.

W przypadku muzyki jazzowej instrumentalnej podobno największy problem jest z tytułowaniem utworów – mają one oddawać nastrój, jakąś przewodnią myśl, uczucie. Natomiast na waszej płycie np. utwór „Elegy” wcale nie jest smutny.

„Elegy” pierwotnie nosiło tytuł „Afterlife” – życie po życiu, a nawet nadzieja po śmierci. Jest to utwór melancholijny, ale jednak niesie ze sobą pozytywną myśl. Napisałem go po śmierci Jarka Śmietany. Jestem już w takim wieku, że wielu kolegów odchodzi…

Mówisz: Łączę marzenie ze światem bez konfliktów, w którego centrum tolerancji znajduje się człowiek, który wymyka się z barier i granic mentalnych, stając się przestrzenią. I na tej płycie jest dużo przestrzeni i oddechu. Z jednej strony się bawicie, a z drugiej strony tu jest wszystko poukładane. Najlepszym dowodem na to jest dublet – ”Lucky but Unhappy” z tymi przeszkadzajkami oraz „Good Morning Tokyo”. Swoją drogą, w tym drugim spodziewałem się jakiegoś motywu orientalnego.

Słuchaliśmy tych utworów w różnych sytuacjach. Rzeczywiście, wchodząc do studia mieliśmy ten czas niezorganizowany – w tym sensie, że nie mieliśmy nic rozpisane na papierze. Po prostu graliśmy. To są pierwsze podejścia. Nie ma żadnego kombinowania. Jest lekkość, nie ma sztywnych ram, a jednocześnie nasza muzyka jest złożona. Nie jest łatwa, ale z łatwością zagrana. A „Good Morning Tokyo” to moje wspomnienie z Tokio. Byłem wielokrotnie w Japonii i za każdym razem robi na mnie niesamowite wrażenie. Przeżyłem tam wiele: od trzęsienia ziemi, po inne niezwykłe zjawiska atmosferyczne. Poza tym to zderzenie tradycji z nowoczesnością. Śpisz w hotelu na 28 piętrze, wszystko masz pod ręką, a na dole widzisz całą masę malutkich ludzi, którzy się przemieszczają do pracy. O tym jest ten utwór. A ta przestrzeń bierze się stąd, że grając na instrumentach klawiszowych mam pełną paletę dźwięku i nie myślę o tym, że gdzieś na przykład brakuje mi basu.

I na to też zwróciłem uwagę – wasza płyta jest jedną z nielicznych, na jakich absolutnie tego basu nie brakuje i nie potrzeba.

To wynika z tego, że my nie gramy matematycznie. Jürgen gra dość niechlujnie, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Nie cierpię takiego precyzyjnego uderzenia, bo wtedy taka muzyka mnie nudzi. Lubię bębny melodyczne. Dlatego odpowiada mi gra Jürgena, ponieważ jego podejście mnie inspiruje i on nigdy nie przeszkadza. Ja mogę grać, co chcę, a on mi raczej pomaga, by było to jeszcze lepsze. Słychać to też w naszym graniu na żywo, które rozwija się z każdym koncertem.

Chciałem Cię jeszcze zapytać o kompozycję „Die Brücke”, czyli most, która przez swoją rytmikę przypomina jadący pociąg.

To jest utwór troszeczkę turecki. Słyszałem gdzieś podobną melodię i próbowałem zrobić coś podobnego. Ta monotonia z jednej strony się rozwija, ale ten rytm sprawia, jakbyś był jednocześnie w jednym miejscu przez cały czas. Podoba mi się taka hipnotyzująca motoryka.

Na tym tle wyróżnia się utwór tytułowy, który jest dość głośny i mocny.

To wyszło od Jürgena. Zawsze się śmieje, że inspiracją do tego musieli być jego synowie, którzy są bardzo żywiołowi i kreatywni (śmiech). „Two In Mirror” to przeglądanie się w sobie nawzajem. Czasem są to też mocne, głośne emocje i na nie też reagujemy.

Będzie następna płyta?

Tak, w przyszłym roku planujemy.  Na razie jednak przede mną trasa z Atom String Quartet i naszym materiałem z płyty „Le Jardin Oublié / My Polish Heart”