Fani jazzu, przygotujcie się! Oto nadchodzi nowa płyta Milesa Davisa. Cóż, nie tak do końca nowa, bo została nagrana ponad 30 lat temu. Był rok 1985, Davis umocnił się jako członek jazzowej rodziny po wydaniu w 1959 roku „Kind Of Blue” i podjął wtedy decyzję, aby przenieść się z Columbia Records do Warner Bros. Jedną z jego pierwszych kompozycji pod nową wytwórnią był „Rubberband”. Posunięcia kulturowe w latach osiemdziesiątych miały ogromny wpływ na jego proces pisania, a to nagranie miało wprowadzić w jego muzyce funkowy i soulowy groove.

Brzmi całkiem pioniersko, prawda? Dlaczego więc zajęło ponad 30 lat, aby można było go wydać? Powód jest prosty: album został odłożony na półkę. Zapotrzebowanie na Davisa było wysokie i stał się bardziej zajęty nagraniem „Tutu”.

„Rubberband” został pozostawiony na boku, podobnie jak plany wkorzystania mocnych wokali Al Jarreau i Chaki Khan na tejże płycie.

Każda kompozycja Milesa Davisa to czyste dzieło sztuki, więc ta sesja musiała zostać uratowana. Jego producenci z tamtych czasów – Randy Hall i Attala Zane Giles – to ludzie, którzy spełnili tę powinność.

Album, składający się w sumie z 12 utworów, został wzbogacony nowoczesnymi akcentami. Wokale uznanych amerykańskich artystów, takich jak Lalah Hathaway (!!!) i 12-krotnie nominowana do nagrody Grammy Ledisi zostały ułożone na trąbce oraz na sesjach klawiszowych Davisa. Wraz z pojawieniem się informacji o LP, intrygujące tytuły, takie jak „Paradise”, „Maze” i „I Love What We Make Together” wzbudzają nasze zainteresowanie tym długo oczekiwanym albumem.

Może minąć nawet 28 lat od śmierci Milesa Davisa, a my wciąż bedziemy sławić i celebrować jego twórczość. Okładka do „Rubberband”, to właściwie jeden z oryginalnych obrazów Davisa, uderzający mieszanką płonących odcieni, które siedzą gdzieś pośrodku afrykańskiej sztuki plemiennej oraz Picassa.

Rozpoczynamy odliczanie do premiery.