Dave Douglas stworzył potwora.

Potwór ma wielki apetyt, charyzmę i jak dowiadujemy się na początku koncertu nie głosował na Donalda Trumpa.

Strasznie nahałasował.

Bas Billa Laswella dudni, tak że wszystko się trzęsie. Momentami jakby wyjęty z hardrockowego bandu, brudny, osadza się ciężko we wszystkich kątach i zgłębieniach sali.

Dźwięk, który generuje zespół jest ogromny i przygniatający.

Dwie gitary (Mary Halvorson i Rafiq Bhatia) brzmią eksperymentalnie i awangardowo. Raz więc stawiają kilkuminutową ścianę dźwięku, by za chwilę wypuścić z siebie chmurę trzasków i zgrzytów lub skończyć na melodiach, które wiją się jak dziwne rośliny, a potem odlatują gdzieś w nieznaną przestrzeń.

Z tyłu siedzi Ches Smith. A w zasadzie, nie siedzi tylko wychodzi z siebie. Gra jak w transie, a oko mu bieleje, co widać z daleka. Przy talerzu ma ustawiony specjalny mikrofon, który sprawia. że każde jego uderzenie odbija się złowieszczym echem.

Dave Douglas dyryguje całością, czasem się przechadza, coś szepcze do ucha Laswellowi lub pokazuje perkusiście. Jest w dobrej formie. Jego trąbka fruwa swobodnie. Słychać jaki jest dziś rześki, celny, wypoczęty.

Czasem też gra w duecie z Jonem Irabagonem (saksofon). I wtedy jest subtelniej, bardziej nastrojowo, ale nie ma w tym spokoju, bezpiecznego komfortu. To raczej atmosfera cienia, wyczekiwania na kolejną gonitwę.

Potwór jest swobodny, abstrakcyjny, doskonale zorganizowany.

W zasadzie mógłby wystąpić w dowolnym filmie grozy. Ale potwór polityczny, z którym walczy jest ponoć jeszcze straszniejszy.