Norah Jones zawsze miałem za wyjątkowo łebską kobietę. Jej najnowszy album „Day Breaks” utwierdza mnie w tej opinii. Gdy zaczynała w 2002 roku, mówiono o niej wtedy jako o jednej spośród licznych reprezentantek młodego pokolenia amerykańskich wokalistek popowo-jazzowych. Wkrótce jednak artystce udało się zdystansować niemal wszystkie rywalki. Natura obdarzyła Norah Jones niewinnym, dziewczęcym głosem, który od ponad dekady urzeka, w szczególności Amerykanów. Jones nieomylnie frazuje i swinguje z lekkością czarnej damy zza Oceanu. Dzięki wrodzonej naturalności jest w stanie poradzić sobie z większością wyzwań muzycznych. Nigdy nie będzie to wirtuozeria, za to słuchacz zawsze będzie mieć uczucie swobody i niewymuszenia.

Norah Jones Day Breaks cover

Day Breaks” to przestrzenna i zawieszona w przestrzeni muzyka popularna najwyższych lotów. Urozmaicona w brzmieniu i w repertuarze sygnalizująca główne wątki w twórczości Norah Jones: zamiłowanie do lirycznej ballady, fascynacja bluesem, frazowanie rodem z jazzu i pietyzm w oddaniu tekstem, wywodzący się z najlepszych tradycji poezji śpiewanej. A przy tym lekkość wokalna, barwność instrumentalna i fenomenalne chórki. Oczywiście wszystkie głosy to Norah, która nagrywa wielogłosy jak nikt inny na świecie.

Na „Day BreaksNorah Jones śpiewa głosem świeżym, delikatnym, a zarazem intrygująco zmysłowym. Akompaniuje sobie na fortepianie, zręcznie dobierając chromatyczne, bluesowe akordy. Chłopcy z zespołu bezbłędnie czują jej intencje. Swingujący, mięsisty bas (Vicente Archer) pięknie trzyma puls, gitara (Peter Remm) przypominająca Billa Frisella dyskretnie zaznacza swoją obecność, a perkusista (Daniel Sadownick) finezyjnie podkreśla pochody basu. Zastanawiam się nad fenomenem, bo Norah nie dokonuje rewolucji, nawiązuje wprost do stylu Emmylou Harris czy Sade. Jest w tym jednak szczera i tak bezpośrednia, że bez reszty ulegamy czarowi jej piosenek, perełek nie z tej epoki.

Norah, wbrew pozorom, nie jest artystką jazzową, mimo iż jej płyta została wydana przez Blue Note. Owszem, na „Day Breaks” otacza ją cała plejada jazzmanów, a producentem jest znany również z jazzowych przedsięwzięć Eli Wolf, ale na tym jej romans z jazzem się kończy. „Day Breaks” to płyta z pogranicza folku, bluegrassu i bluesa. Zresztą to, że na tym krążku znalazło się kilka utworów słynnych kompozytorów, wiele mówi o klimacie tej płyty. „PeaceHorace’a Silvera ze świetną, „skradającą się” linią basu czy klasycznie bluesowe „Fleurette Africaine (African Flower)Duke’a Ellingtona. Mimo balladowego charakteru tego krążka na szczęście nie trzeba się obawiać, że  w pewnym momencie nastąpi przesyt delikatności i zrobi się po prostu nudno. Norah Jones ma dar, który polega na tym, że śpiewa naturalnie, bez przesłodzenia i zadęcia. Kiedy usłyszałem „Burn” (kompozycja otwierająca) po raz pierwszy, zakochałem się w tej piosence i wiedziałem dlaczego – prostota i siła przekazu to podstawa. Potem z przyjemnością dałem się prowadzić poprzez piękne rejony rozciągające się na muzycznej mapie między Ettą James, Dianą Krall i Jonnie Mitchell. Elegancka rzecz.

Ocena płyty: