Uwielbiam oryginalne głosy, które gdy zabrzmią to od razu wiadomo kto i co. Uwielbiam emocje, które głosy te noszą na sobie jak najdroższe tkaniny. Najbardziej jednak uwielbiam kiedy oryginalny głos ubrany w emocje ma dodatkową składową, której nie sposób wytłumaczyć. Madeleine Peyroux to ma.

Klasa, charyzma, doskonała technika, wzorzec do naśladowania.

madeleine-peyroux-secular-hymns

Piszę to z całą świadomością, gdyż w czasach dzisiejszych wokaliści prą coraz dalej, prześcigając się w interpretacjach i karkołomnych wokalizach, a wystarczy zatrzymać się na małej wysepce, gdzie Madeleine od lat może gwizdać na konkurencję.

Będąc dokładnie 20 lat na szlaku kariery, ani razu nie zboczyła ze swojej drogi, ani razu nie poddała się ciągle nienasyconemu rynkowi muzycznemu. To ona ma prawo decydować, gdzie stawia krok. 1277 dni czekaliśmy na jej 7 wydawnictwo „Secular hymns”. Mówią, że liczba siedem jest szczęśliwa. W tym przypadku uważam, że najszczęśliwsza w dorobku. Materiał nagrany został jako live set wspólnie z gitarzystą Jonem Heringtonem i basistą Barakiem Mori , z którymi artystka koncertuje od dwóch lat. Trio nagrało materiał bardzo bardzo bardzo surowy, zaskakująco szalony bo bez sekcji rytmicznej. Niczego tu jednak nie brakuje. Absolutnie niczego i to jest właśnie ta magia, której nie sposób wytłumaczyć. Dobór utworów najlepiej tłumaczy sama artystka: „Muzyka jest naszym życiem duchowym, więc myślę o nich jak o hymnach, które są bardzo indywidualne, osobiste”.

Otwierający wydawnictwo „Got you on my mind”z leniwie kołyszącym basem i frywolną gitarą momentalnie przerywają codzienny rytm i otwierają butelkę pełną bluesa, dymu i matowych krajobrazów. Kolejne w kolejce „Tango till they’re store”, pełne erotyzmu i wstrzymanego oddechu, któremu brak tylko tańczącej argentyńskiej niewiasty. „The highway kind”, jedna z najsmutniejszych aranżacji na płycie z niesamowicie tkliwą gitarą spływa i spływa…gdy przerwana przez nadchodzący dla kontrastu funkujący „Everything i do gosh be funky (from now on)”, który obok „Shout sister shout” wytrąca z zadumy, aby sprawić że nawet firanki w oknie dołączają się do pląsów. Cała płyta nagana jest z radością, z najprostszym uśmiechem, który doskonale słychać z ust piosenkarki. Kto nie wierzy, niech posłucha „Hello Babe”. Zamykający longplay kawałek „Trampin” jest tym czym zawsze powinien być bis. Idealnym zwieńczeniem przygody, chwilą na dopełniające całość odsapnięcie.

Fantastyczny nieprzerysowany jazz wymieszany ze słodkim bluesem. Skala ocen mi się kończy kiedy staram się wybrać najlepszy utwór, kiedy chcę podsumować. Oczywista pozycja na podium tegorocznych płyt jazzowych.

Madeleine! Jon! Barak! Ukłon. Kurtyna…nie opada, niech to trwa.

Ocena płyty: