Po pięcioletnim wydawniczym urlopie, w końcu wróciła jedna z największych soulowych wokalistek Wielkiej Brytanii – Beverley Knight. Ale jeśli myśli ktoś, że przerwa spowodowana była chwilowym wypaleniem się to grubo się myli. Po trasie koncertowej poprzedniej płyty „Soul UK” w 2011 roku artystka zaczęła intensywny etap musicalowy. Po głównej roli w „Bodyguard” (zmieniając niezastąpioną Heather Headley) oraz rolach w „Memphis” oraz „Cats” artystka powróciła do tego pierwszego. Tak oto obecnie promocja najnowszej płyty „Soulsville” zbiegła się z ponownym półrocznym, wyjątkowym wystawieniem musicalu.

original

Śledząc jej karierę (a trwa od ponad 20 lat, debiutancka płyta wyszła w 1995 roku) dochodzę do wniosku, że znalazła ona swój punkt zaczepienia i dobrze się go trzyma. Nie jest to muzyka, która zachwyca innowacyjnością i nowoczesnością, a właśnie tym, że jest tak oldschoolowa i prawdziwa. Akustyczna, melodyjna, radiowa, przystępna soulowo-bluesowa nuta.

Od czasu wydania „Music city soul” (2007), z przerwą na popowy „100%” , Pani Knight trzyma się swojego stylu i dobrze w nim wygląda. Płytę otwiera singlowy, energiczny, brzmiący jak dorobek Janis JoplinMiddle of love”. A energii na całym albumie jest sporo, bo ostry i pełen charyzmy głos wokalistki jest wręcz świdrujący (ale nie męczący, co jest prawdziwie istotne). Duet z Jamiem Cullum w „Private number” jest bardzo smacznie utrzymany w konwencji płyty, a cover „I can’t stand the rain” śmiało można nazwać bardzo udaną interpretacją trudnego pierwowzoru Tiny Turner.

Osobiście najbardziej przekonują mnie ballady „All things must change”, „Sitting ont the edge” oraz „Still here”. Właśnie tam emocje zawarte w słowach są ubrane w intonację, która subtelnie, co nie jest proste, bo bardzo łatwo można popaść w przerysowanie odzwierciedla przekaz utworów. Mam wrażenie, że to naturalna skłonność wokalnej szczerości.

Duetów na płycie jest więcej. W „Hound dog” na pianinie wspomógł kompozycję Jools Holland, udowadniając, że stary dobry blues nie jest smutny, a zamykający album „Hold on I’m comming” z genialnym, nagradzanym nagrodą Grammy Samem Moore powoduje, że nie da się nie puścić płyty jeszcze raz. I jeszcze raz. I jeszcze raz… Energetyczna płyta, która jest w stanie pobudzić i ocucić, gdy drapie nuda.

Ocena płyty: