Przewietrzanie polskiego jazzu wciąż trwa. Kolejny powiew świeżego powietrza dobywa się z płyty warszawskiej grupy Niechęć. Druga propozycja kwintetu jazzrockowego, zatytułowana po prostu  „Niechęć”, dowodzi, że można zostać klasykiem bez potrzeby hasania po parku jurajskim. Błyskotliwa jazzrockowa fuzja, sięgająca po najlepsze tradycje gatunku z dużą dawką energii i bez kompleksów.

niechec cover

Brzmienie, styl i wizerunek Niechęci mogą już być punktem odniesienia. Pierwsza ich płyta „Śmierć w miękkim futerku” była surowa i lekko rozchełstana. Tym razem muzycy z powodzeniem dokonali syntezy zawadiackiego rockowego noża z uskrzydlonym jazzem. Całość jest świetnie nagrana, gitara basowa brzmi tak plastycznie jakby była kontrabasem, a saksofon hula jak dzika zamieć.

Na otwarcie Niechęć funduje nam kompozycję „Koniec”, abyśmy jak z wizytówki poznali, z kim mamy do czynienia. I już wtedy uświadamiamy sobie, jak unikalnym jest zespołem, tak w sensie budowania jazzowego klimatu kompozycji, jak i kontrastująco zadziornego rockowego grania. To jednak tylko rozbudowany wstęp do prawdziwie jazzrockowego ciągu dalszego płyty. Jeśli dodać do tego „industrialną” perkusję przepuszczoną przez „bramki” w „Metanolu” i brzmiący jak gorzkie migdały saksofon w „Krwi” (etnicznie karnawałowy, a jednocześnie melancholijny) – układa nam się niezwykle kolorowy puzzle, może nieco eklektyczny, ale takie czasy.

Grupie udało się stworzyć nową formułę gry na pięciu najpopularniejszych instrumentach, a to graniczy z cudem. Wehikuł tworzą muzycy, którzy prymat gry zespołowej przestrzegają z przykładną konsekwencją. Przede wszystkim uderza brak czyjejkolwiek dominacji, nawet saksofon Macieja Zwierzchowskiego nie spycha pozostałych do roli rzemieślników. Wszyscy grają po swojemu rytmami zabawnie rozluźnionymi, połamanymi, jakby w niekończącej się solówce. Cały ciężar utrzymania jazzowej harmonii wziął na siebie Maciej Szczepański, to wyłącznie on swinguje na swoim potężnie brzmiącym basie. Na tym tle Rafał Błaszczak przemierza swą gitarą jazz i okolice pokazując, że jednakie jest piękno jazzowych standardów i psychodelicznego rocka. Słuchając kolejnych propozycji czujemy, że powstały one z radości muzykowania ludzi o niezwykle szerokich horyzontach.

Niechęć ma w zanadrzu mocny atut – spontaniczność i najszersze, jak to możliwe, otwarcie na świat muzyki improwizowanej. Stąd wyznawcy punku czy elektroniki mogą znaleźć wspólny język z freejazzowymi czy harmelodycznymi odjazdowcami. Jest imponujące, że kolektywowi pięciu zapaleńców udało się doprowadzić do tak wielu twórczych karamboli kontrapunktów, dysonansów, polirytmi, współbrzmień, odpałów, łomotów, podpartych wprost nieograniczonym poczuciem humoru, jakby w myśl hasła – co to za muzyka bez ryzyka. Z tego wszystkiego wyłania się coś niezwykle frapującego, czego na próżno szukać na większości perfekcyjnie zagranych płyt, tak u nas jak i w centrali (Ameryce), gdzie od kilkunastu lat jakże niewiele odkrywczego materiału przedstawiono.

Recenzent jest w głupiej sytuacji, bo po trzech-czterech przesłuchaniach daje ocenę, której po dwóch latach się wstydzi, ale ja mam wrażenie, że z „Niechęcią” jest mi po drodze.

Ocena płyty: