Po 3 latach od ostatniej płyty studyjnej, ukazał się czwarty album Drake’a. Mimo buńczucznych zapowiedzi o brzmieniowych poszukiwaniach w ramach psychodelicznego soulu, przystojniak nagrał niczym niezaskakujący, po prostu – bardzo modny album. Na „Views” artysta podąża zgodnie z obowiązującymi w czarnej muzyce trendami. A że obecnie świetnie sprzedają się leniwe, pseudo-erotyczne kawałki, Drake naprodukował ich kilkanaście.

drake-views-album

Jeśli kogoś pasjonują wyścigi żółwich zaprzęgów, będzie zachwycony. Najnowsze dzieło Kanadyjczyka nie grzeszy nadmiarem energii. To „bzdrang, bzdrang” na strunach głosowych rapera, poprzetykane brzmieniami elektronicznymi. Monotonny wokal Drake’a i takaż muzyka tworzą aż nadto hermetyczną całość, by można ten album polecać szerszej publiczności. Utwory zlewają się w jedną, nieskończenie długą kompozycję i po pięciu minutach „czarowania” w „Feel No Ways” można się zorientować, że to już „Hype”, tylko po zmianie podmiotu lirycznego. Drake potrafi nagrywać pełne uroku płyty. Tym razem stworzył dzieło, które przytłacza jednostajnością.

Obok dość oczywistych gatunków jak hip-hop czy R&B, można tu też usłyszeć dancehall („Controlla”) Nie zabrakło pełnego powagi rapu („Hype”). Dużo dobrego wnieśli goście – m.in. PartNextDoor, Wizkid, Rihanna. I to wszystko. Reszta jest zbyt poprawna i ugrzeczniona, a momentami robi się nudnawo.

Kompilacja kilkunastu bliźniaczo podobnych utworów aż prosi się o jakiś mocniejszy numer. Udanym pomysłem okazała się konfrontacja soulowej słodyczy artysty z grubiaństwem latynoamerykańskiego hip-hopu. Wyróżniają się singlowe „One Dance”, wzbogacony syntezowanym perkusyjnym rytmem Dem Bow, oraz podobny w klimacie „Too Good” nad którymi unosi się duch portorykańskich brzmień. Niestety, gdy już opadnie zachwyt owymi egzotycznymi „fajerwerkami”, odkrywamy, że jest to płyta bardzo rutynowa.

Na, swoją drogą, genialnej okładce powinna być naklejka WSZYSTKO PO STAREMU, a na kopiach dla mediów – BEZPIECZNA MUZYKA. Minimalistyczny hip-hop, neo-soul, współczesne aranżacje i kilka ballad – słuchający radia kierowcy nie zmienią na inną stację, można też bez obaw zaprosić Drake’a do „Kawy czy Herbaty”. Nowoczesne brzmienie i wokal na światowym poziomie, do tego dorzucamy wielkie nazwiska licznych współtwórców i mamy prawdziwy blask sukcesu. Słowem – globalizacja wcielona: trudno nawet stwierdzić, z jakiego kraju pochodzą te utwory – podobnie jak hamburgery w sieciach fast food. Szkoda. Zamiast szumnie zapowiadanej uczty u Wierzynka jest danie może i lekkostrawne, ale z pewnością bez polotu.

Ocena płyty: