Wyobraź sobie, że w nocy budzą cię dziwne szepty za oknem. Wychodzisz i znajdujesz wielki tygiel, w którym bulgocze lurowata zupa o zaskakująco niepowtarzalnym aromacie. Na powierzchnię wypływają i znikają z niej trzy składniki na krzyż: szarpnięcie gitary, piskliwy głos, uderzenie perkusji. A gdy już wydaje ci się, że to wszystko, i chcesz odejść, całość zaczyna mienić się kolorami, hipnotyzować.

CocoRosie Heartache city

Od Erica Satie granego na zepsutym syntezatorze, przez urok dziecięcych pozytywek à la Plone, aż po eksperymenty w stylu ojców muzyki elektronicznej – wszystko pasuje do koncepcji, którą obrały sobie autorki płyty „Heartache City” siostry CocoRosie. Ich muzyka to muzyczny ciąg, w którym wciąż się coś zmienia, nie ma chwili spokoju, żadnych tanecznych rytmów, zero przewidywalności. Słychać natomiast szacunek dla form muzyki klasycznej.

Początkowo płyta przypomina zabawę rozkapryszonego dzieciaka, który dorwał się do elektronicznego zestawu. Te z pozoru prymitywne rytmy z utworów „Forget Me Not” i „Un Beso” nie tylko prowokują i budują leniwy, choć jednak cyrkowy nastrój, ale też wprowadzają nas w 44-minutową podróż po dźwiękowych krainach tytułowego miasta bólu serca.

CocoRosie konsekwentnie podąża obraną drogą: pozbawiają swoje utwory kolejnych elementów, sprawdzając, czy pozostałości tej operacji są jeszcze muzyką. Na „Heartache City”  pozbyły się beatów i skręciły ku formom znanym z klasyki minimalu. W rezultacie chłodne brzmienia pulsują krótkimi, powtarzalnymi motywami (czasami wręcz pojedynczymi dźwiękami), pomiędzy którymi tli się kruche, cichutkie „życie”. W takim środowisku szumy i produkcyjne brudy urastają do rangi instrumentów.

Jak wygląda alternatywna ballada w wydaniu CocoRosie? Schizofrenicznie – w jednym obozie „koci” wokal ze spokojnym basem, w drugim nieuporządkowana perkusja i niezadowolone gitary, co i rusz wywołujące zgiełkowe zamieszki. W innych utworach sojusze się zmieniają, rozciągając pojęcie „alternatywnej piosenki” do granic możliwości. Najważniejszy jest ten nieuchwytny urok, który nie wynika z matematycznej sumy elementów. Dlatego im dłużej słucham płyty Amerykanek, tym bardziej jestem zaczarowany.

Atutem albumu jest tajemniczy klimat, który został osiągnięty przez różnorodność form muzycznych. Old skool electro miesza się tu ze snującą się jazzującą psychodelią i electro popem, a nawet prototypowym UK Garage. Intrygujące zestawienie, choć dla niektórych może być zbyt eklektyczne. Niczym kolażowe kompozycje ma to w sobie jakiegoś prześmiewczego i awangardowego ducha zarazem, a w dodatku nie gubi istoty muzyki. I brzmi jakby autorki pożarły akumulator i popiły melisą.

Ocena płyty: