Ruszyła kolejna edycja Ery Jazzu w Poznaniu. Organizatorzy zadbali, coby za każdym razem nie tyle dorównać poprzednim, ale i podnosić poprzeczkę.

gettheblessing

Zaczęło się ostro. W pełnym znaczeniu tego słowa bo Get The Blessing, quartet składający się z byłych członków Portishead: basistą Jimmem Barrem, perkusistą Clivem Deamerem oraz saxofonistą Jakiem McMurchiem, wraz z trębaczem Petem Judgem stworzyli swój własny pomysł na jazz. Sporo w nim rocka, niekiedy haczą o progresywną psychodelę, ale wplatają w swoje kompozycje i melodyjność, co sprawia, że słucha się ich muzyki z dużą uwagą. Genialnym pomysłem, który niewątpliwie przynosi im tyle komplementów i pochwał w rodzimej Wielkiej Brytanii jest idealna spójność między trąbką i saxofonem. Miałem wrażenie, że są zarówno odrębne, jak i uzupełniające się. Jedno bez drugiego nie brzmiało by tak intrygująco, wzajemne harmonie uwypuklały poszczególne partie, tworząc bazę doskonałą. Repertuar bardzo oryginalny, zwłaszcza gdy basista sięgał za mikrofon aby uskutecznić kilka zapowiedzi. Okazało się, że najpierw była kompozycja o „kuzynie ryby nie cieszącej się dobrą sławą: o zielonym śledziu”, następnie był kawałek o „pancerzyku krewetki”, aż w końcu przedstawiono nam muzyczny wizerunek „ryby bez buta”. Wyobraźnia to ważny aspekt Get The Blessing. Zwłaszcza, że perkusista ma wyobraźnię pełną dźwięków, które niewątpliwie zaskoczyły publikę. Ktoś napisał, że owy projekt wnosi nowy powiew w jazz. Po tym koncercie zdecydowanie się z tym zgadzam. Mnie zawiało i nie zamierzam się z tego leczyć.

anthonystrong

Dzień drugi Ery Jazzu to koncert jakże inny. Skłamałbym gdybym powiedział, że wiedziałem czego się spodziewać. Anthony Strong, brytyjski jazzman i pianista, który u siebie jest bardzo popularny pokazał, że myli się ten kto będzie go porównywać do innych jazzowych wokalistów. Mówią, że blisko mu do Buble, do Culluma, Duska… Cóż. stwierdzam, że jestem zły. Naprawdę zły. Wolałbym, aby własnie ich porównywano do Anthona. Z wykształcenia jest pianistą jazzowym. A to jak gra absolutnie nie podlega dyskusji. Interludia, które tworzył przed kolejnymi utworami mogły by spokojnie być utworami na kolejnych albumach. Wokal. Technika wokalna. Chciałbym jakoś ładnie to opisać, ale szkoda psuć to wyszukanymi epitetami. Śpiewa tak jak oddychamy. Swobodnie, pełną piersią i z totalnym luzem. Fantastyczne skatowania, czasem rozrywkowe rozwiązania, co jest plusem, perfekcyjna świadomość dźwięków. Koncert składał się głównie z utworów z ostatniej, trzeciej płyty On the clear day. Bezpiecznym posunięciem jest dotarcie do publiki poprzez covery. Ale jak on je zagrał!!! Moim faworytem było i jest Unforgetable w swingującej, wpadającej w bossa novę aranżacji. Z ballady zrobił się pulsujący kawałek, który spokojnie można postawić obok kolejnych takich jak Can’t take that away from me, Overjoyed, As time goes by, Don’t stop til you get enough. Były oczywiście i autorskie pozycje, jak ulubiony utwór samego Anthona On a clear day. Oczarował, zaczarował i zostawił w publiczności na pewno na długo rytmiczne kręcenie stopami, pstrykanie palcami i kręcenie głowami. Widać było, że widownia doskonale się bawiła, czego owocem były dwa bisy. Ostatni był jedynym utworem, który wokalista zaśpiewał odstępując od swojego instrumentu, a na dodatek zrobił to tylko z kontrabasem. L.O.V.E., wielki przebój Nat King Cole’a, w który wciągnięci zostali słuchacze był najwyższej klasy deserem, po którym człowieka ogarnia już euforia. Anthony Strong to gwarancja jakości! Tak więc proszę nie porównujcie go do innych. innych porównujcie do niego. Tak będzie sprawiedliwie.