Myślę, że powołanie do życia tego albumu było wielkim marzeniem lidera FGP, Dariusza Petery – płockiego pianisty, klawiszowca i kompozytora. W tym uroczym mieście (z którego również pochodzę), nie ma bowiem zbyt wielu okazji, aby doświadczyć muzyki na naprawdę dobrym poziomie. Jeśli już ktoś umie grać, to zazwyczaj gra za dużo, albo za głośno. Brak też zespołów jazzowych z prawdziwego zdarzenia, a scena zdominowana jest przez gitarową dzieciarnię lub lokalnych weteranów od wszystkiego. Tym bardziej więc cieszę się, że debiutancki album FGP o przewrotnym tytule „No Fusion” ujrzał światło dzienne, a ponadto – że jest to pozycja niewątpliwie godna uwagi, skrząca się pomysłami i wirtuozowsko zrealizowana w jednym z najlepszych krajowych studiów, jakim jest RecPublica Studios w Lubrzy.

Fusion Generation Project cover

„Fusion” to termin bardzo pojemny. Szale muzycznej wagi mogą przechylić się na korzyść elementów jazzowych lub rockowych. W przypadku FGP kluczowymi pojęciami jest „różnorodność” (tak w ramach pojedynczych utworów, jak i w aspekcie całości) oraz „równowaga” – ponieważ właśnie wyważenie poszczególnych stylistycznych ogniw lub ich barwne zestawianie jest motorem rozwojowym tego krążka.

Zaczyna się kolorowo – open solo bębnów, w którym Krzysztof Kwiatkowski prezentuje swoją koncepcję ukształtowania perkusyjnej przestrzeni, od delikatnego szmerowego malowania, poprzez sambowy groove, na solidnym okładaniu pałkami kończąc. Solo jest rodzajem intra do właściwego otwarcia – świetnej kompozycji lidera „Try before buy”, gdzie nocny chillout sąsiaduje z klasycznym jazzrockowym pazurem (doskonałe solo gitarowe Krzysztofa Lenczowskiego). „GoSpell”, wzbogacony gościnnym udziałem Michaela „Patchesa” Stewarta zwodzi nas na manowce – początkowy płomień rozpalony przez zespół szybko wygasa, przechodząc w tajemniczą, zawiesistą narrację trąbki na tle złowrogich akordów gitary, po czym stopniowo powraca regularny puls, na którym „Patches” snuje swoją opowieść. Sinusoida napięć opada, to znów wznosi się – i tak jest na tym albumie bardzo często. Amerykański trębacz zaznaczy swoją obecność jeszcze dwukrotnie – w spokojniejszej części szalonej kompozycji-petardy „Hiromi” (zainspirowanej osobą japońskiej pianistki jazzowej Hiromi Uehary) oraz w niezwykle nośnym temacie „Jet Lag”, który zagra unisono z gitarą, by potem zaistnieć w zadziornej funkowo-bluesowej solówce. Drugim gościem na płycie jest doskonały saksofonista Marcin Kajper (ponownie „Hiromi”, ze świetnym, bezkompromisowym wejściem na gitarowych powerchordach Lenczowskiego, oraz polimetryczny „Rubber Bear”, także zróżnicowany pod względem formalnym, z naprawdę świetnym, bluesowo meandrującym tematem).

Spektrum stylistyczne albumu z pewnością poszerza „Ad libitum 2” – piękna akustyczna impresja z wiodącą rolą wiolonczeli Lenczowskiego i również jego autorstwa. W kręgu ballad o wyraźnie smoothjazzowej proweniencji pozostaje finałowa, bardzo emocjonalna kompozycja „AnG” Petery, w której znów mieszają się nastroje – obok mocnych gitarowych uniesień – refleksyjne solo zagrane na melodyce oraz ciepłe klawiszowe pady. Całość może przypominać dokonania supergrupy Woobie Doobie. Na koniec otrzymujemy akustyczną wersję „No comment” Łukasza Jana Jóźwiaka (kompozycja znana już z albumu grupy Fusionator „Kung Fu”) w konwencji muzycznego żartu – ot, taki „lżejszy” bonus track. Do głosu ponownie dochodzi melodyka i wiolonczela, gitara akustyczna, ale także piccolo bass – miniaturowa gitara basowa wykonana dla basisty zespołu przez lutnika Marka Dąbka. Ten rozkosznych rozmiarów instrument zagrał już w „Hiromi”, realizując rytmiczno-melodyczną nakładkę na główną basową linię.

Dwa zarzuty, które mam do tego albumu, nie powinny przyćmić jego interesującej zawartości, niemniej warto o nich wspomnieć. Po pierwsze nie jest najlepszym rozwiązaniem zestawienie utworów „AnG” i „No comment obok siebie – wówczas nie do końca wiadomo, czy melodyka to instrument „poważny”, czy jednak pewne narzędzie parodystyczne. Po drugie, tekst Kingi Popiołek, w paru słowach przedstawiający zespół i zawartość albumu, jest po prostu tragiczny. Wyczuwam, że autorka chciała dobrze, i chyba nawet zrozumiałem, co pragnęła przekazać. Niestety, nie zmienia to faktu, że jej „słowo o muzyce” to stek truizmów napisanych językiem boleśnie nieporadnym – na pewno nie godnym tego przebojowego materiału.

Autor recenzji: Michał K. Zawadzki