16 października br. na rynku ukazała się płyta zatytułowana „Songs from Yesterday”, która została nagrana przez Mieczysława Szcześniaka razem z pianistą Krzysztofem Herdzinem. Mieliśmy przyjemność rozmowy z wokalistą m.in. o pracy nad albumem, o współpracy z Herdzinem oraz o jubileuszowym koncercie Edyty Górniak.

Ponoć duży wpływ na powstanie tego albumu mieli Wojciech Mann i Marek Niedźwiecki…

Z Krzysiem Herdzinem, Robertem Kubiszynem i Cezarym Konradem występowaliśmy w Trójkowym koncercie, który był organizowany na cześć Radia Luksemburg. Przyjechała nawet luksemburska para książęca. Zagraliśmy parę piosenek, które dzięki Radiu Luksemburg pojawiły się w eterze, w tym m.in. „Yesterday” czy „Can’t Buy Me LoveBeatlesów. Ponieważ nasze interpretacje spodobały się, także Wojciechowi Mannowi i Markowi Niedźwieckiemu, zachęceni – postanowiliśmy pomysł kontynuować. Nosiliśmy się z Krzysiem z zamiarem pomuzykowania i zrobienia sobie radochy muzycznej, tośmy się skrzyknęli i zorganizowaliśmy nagranie w studio.

A jak wyglądała praca nad tą płytą?

Pracowaliśmy z Herdzinem wcześniej przy jego i moich projektach. Szło zwykle wyśmienicie, umówiliśmy się, że zrobimy coś więcej. Któregoś dnia Krzysiu zadzwonił do mnie i mówi: „Słuchaj, Mieciu, jest wolne studio pod koniec roku. Wchodzimy?”. Ja mówię: „Jasne!”. Siedliśmy i zaczęliśmy wybierać i przebierać w przebojach naszych idoli. Wybraliśmy te, które mają dobre opowieści muzyczne i tekstowe. Z założeniem, że należy słuchać mądrzejszych od siebie, uznaliśmy, że najlepiej opowiedzieć historię, której słuchacz jeszcze nie słyszał, czyli swoją historię, po prostu. Szczerze i uważnie. Najważniejsze okazały się być w tej pracy teksty, a muzyka, aranżacja i instrumentacja, dzięki wrażliwości i muzykalności Herdzina, Kubiszyna i Konrada to muzyczny majstersztyk. Krzysiu miał wyraźną koncepcję, ale w studiu jeszcze pracowaliśmy, zmieniając czasem charakter pieśni, metrum nawet. Nagrywaliśmy na żywo, tak jak pracowały nasze pierwowzory. Chcieliśmy zachować świeżość żywego grania, przestrzeń na niespodziankę i dać czas… dużo czasu. Właściwie ta płyta daje dużo czasu na rozmowę ze słuchaczem, na sporą pauzę od rozkrzyczanej codzienności. Ale zawsze istnieje pokusa, żeby lekko zrutynizować pracę, popisać się umiejętnościami, zastosować patenty itd. Chcieliśmy zachować świeżość i element niespodzianki, dla nas samych też.

I ostatecznie zinterpretowali Państwo dwanaście utworów, w tym przeboje wspomnianych Beatlesów. Jak wyglądał proces doboru utworów?

Wybieraliśmy te, na które mieliśmy najfajniejsze – naszym zdaniem – pomysły: proste i „wciągające.” Nie robiliśmy specjalnych prób, a w studiu przegrywaliśmy szczegóły aranżacyjne, szlifowaliśmy zajścia harmoniczne, rytmiczne i tempa. Tempa były kluczowe. I nagrywaliśmy. Nagrywaliśmy ze dwie wersje i wybieraliśmy tę, która nam się bardziej podobała.

Czy podczas sesji nagraniowej zrealizowali Państwo także nagrania kilku innych utworów, które jednak nie znalazły się na płycie?

Nie, nagrywaliśmy te, które wybraliśmy i opracowaliśmy.

Był utwór, nad którym pracowało się najtrudniej albo wręcz przeciwnie: najłatwiej, gdzie wystarczyły te dwa przegrania?

Dłuższa praca była przy „Tears in Heaven”. To, co zrobił Eric Clapton, jest doskonałe i zamknięte. Chciałem jednak opowiedzieć tę historię – też kogoś straciłem. Postanowiliśmy, że nawiązanie do ekspresji gospel będzie mi najbliższe, naturalne. Dlatego zmieniliśmy koncepcję w studiu i musieliśmy nad tym popracować, żeby zrobić te wszystkie napięcia, wszystkie cezury dynamiczne, rytmiczne, harmoniczne itd.

Musimy przyznać, że efekt jest za to niesamowity, a „Tears in Heaven” to jedna z naszych ulubionych propozycji z tej płyty…

Moja też… Miło, zwłaszcza, że moi amerykańscy koledzy słuchając tej płyty powiedzieli, że wyciągnąłem z tych tekstów coś, czego wcześniej nie zauważyli, że to dla nich zaskoczenie. Fajnie, to znaczy, że mój plan się powiódł.

A jak wyglądała współpraca z Krzysztofem Herdzinem? To chyba było Wasze pierwsze spotkanie
w studiu po tych wielu zaproszeniach?

Tak. To nasza pierwsza wspólna płyta. Mam nadzieję, że to początek udanej współpracy. Krzysiek jest wyjątkowym muzykiem, gra i aranżuje rzeczy jazzowe i klasyczne, świetnie operuje w małym składzie, ale kapitalnie dyryguje i orkiestruje duże składy symfoniczne, bigbendowe. Miałem okazję sprawdzić to nausznie i naocznie, ponieważ grałem z nim w takich zajściach. Wiem, jak pracuje, jest szczególnym człowiekiem i muzykiem, szeroko myślącym, świetnie zorganizowanym i oddanym pracy. Co się rzadko zdarza, szczególnie, kiedy ludzie tak dużo i z powodzeniem pracują. Często trochę się blazują, co tu dużo gadać… (śmiech). Ale nie on. Krzysztof Herdzin to duży format.

Czy będzie kontynuacja tej współpracy w najbliższym czasie?

Będziemy grać wspólnie koncerty, jesienią i zimą, w składzie płytowym.

A co dalej?

Każdy z nas ma swoje projekty. Ja np. pracuję teraz równolegle nad trzema płytami. Napisałem parę nutek do wierszy księdza Twardowskiego, udało mi się zrobić z tego całą płytę. Zastanawiałem się, jaką temu formę nadać, żeby nie obciążyć, ale dodać skrzydeł tej pięknej treści. Postanowiłem zagrać to w formie bossanów i samb. Żeby zabrzmiało szlachetnie – zaprosiłem brazylijskich muzyków mieszkających w Chicago, wynająłem tam studio i nagraliśmy. Pięknie i szlachetnie zagrali, bez żadnego usilnego wypasu. Teraz kwartet smyczkowy aranżują Krzysiu Herdzin i Marcin Pospieszalski. Mam nadzieję, że premiera tej płyty będzie w przyszłym roku.

Skąd pomysł, by wziąć na warsztat jego twórczość?

Lubię jego wiersze, jego sposób myślenia, sposób patrzenia na życie i człowieka. Jestem zainspirowany jego ciepłem, bliskością, jego akceptacją dla naszych ludzkich bied. Myślę, że powinien już z pięć Nobli dostać. Ale pewnie kiedyś ludzie się na nim poznają, jeżeli go dobrze przetłumaczą, bo trudno go przetłumaczyć. Ja wybrałem wiersze nie religijne, ale takie życiowe, urzekające dystansem, poczuciem humoru, akceptacją, pięknym poetyckim skrótem. Postanowiłem, że podzielę się moją uciechą z publicznością, że przybliżę teksty w postaci piosenek. Będzie można je śpiewać, przez co łatwo zapamiętać, zastosować i cieszyć się ich znaczeniem. Będzie można się przy nich smucić i weselić, płakać i tańczyć.

Nie możemy się doczekać! A co muzycznego poza tym?

W Los Angeles pracuję natomiast ze świetną artystką, producentką i współautorką moich piosenek, Wendy Waldman, z którą nagrałem m.in. płytę „Signs”, która ukazała się też w Polsce. Teraz komponujemy piosenki z H.B. Barnumem i nagrywamy je z czarnym chórem Life Choir, który śpiewał już w paru piosenkach na „Signs”. Zaskoczyło nam i nagrywamy płytę. H.B. Barnum, który jest opiekunem tego chóru i od dwudziestu paru lat pracuje z Arethą Franklin, napisał dla mnie piosenkę. Nagrałem ją już. Potem wspólnie skomponowaliśmy parę rzeczy, także z Wendy Waldman. Ta płyta będzie w klimacie starego soul, rhythm and blues i gospel. Nagraliśmy już pięć utworków, pracujemy nad następnymi. Life Choir chcą nagrać jeszcze dwie moje piosenki, m.in. „O niebo lepiej”. Jest to utwór nieprzetłumaczalny na język angielski po prostu, nie ma tylu skojarzeń, np: na ziemi jest o niebo lepiej. To siła naszego pięknego i skomplikowanego języka. Trzeba będzie napisać nowy tekst.

Na kiedy planowana jest premiera tej płyty?

Nie wiem. Ukaże się, kiedy ją skończymy i będzie dostępna w Stanach.

Wróćmy na chwilę do „Songs from Yesterday”. Czy planowana jest jakaś trasa koncertowa
z materiałem?

Tak. Mamy już zabukowane koncerty do lutego, cieszę się na nie. Będziemy grali głównie w domach kultury, teatrach i klubach jazzowych. Szczegóły będą na mietekszcześniak.pl.

Jednocześnie pojawi się Pan gościnnie na kilku koncertach Edyty Górniak i zaśpiewa Wasz wspólny przebój „Dumka na dwa serca”. Czy po tylu latach nadal lubi Pan śpiewać ten numer? Jakie wspomnienia wiąże Pan z tym utworem?

Bardzo cenię Krzesimira Dębskiego i jego muzyczne pomysły. Podobnie jest z autorem tekstu – Jackiem Cyganem. Pięknie to zrobili.

Piosenka jest przypisana do naszego duetu, nie mieliśmy wielu okazji, żeby ją razem wykonywać. Śpiewaliśmy ją przy okazji festiwalu w Opolu czy w Sopocie, czasem z powodu jakiejś gali lub kiedy otrzymaliśmy Złotą Kaczkę za filmową piosenkę 50-lecia. Teraz, kiedy trwa trasa koncertowa Edyty, jest ku temu dobra okazja. Zaprosiła jako gości mnie, Ewę Farną, Glacę i Edytę Bartosiewicz. Fajny i dobrze przyjmowany przez dużą publiczność koncert.

Czy były kiedykolwiek jakieś plany lub pomysły związane z nagraniem kolejnego utworu w duecie z Edytą Górniak?

To było wyjątkowe zajście. Każde z nas robi tak zwane „swoje”. Ale zawsze fajnie jest na wspólnych koncertach. Ludzie kochają tę piosenkę i nasze wykonanie.

A czy w Pańskim napiętym grafiku jest jeszcze czas na jakiekolwiek inne projekty?

Ja mam sporo projektów. Mam od wielu lat projekt z kwartetem smyczkowym, zaaranżowany dla nas przez Krzysztofa Herdzina. To evergreeny pop, standardy jazzowe, Bach i Vivaldi i kilka moich piosenek. Mam też projekt z moim zespołem, z którym gramy piosenki z moich różnych płyt, czasem z orkiestrą symfoniczną. Mam projekt z kolędami i piosenkami świątecznymi, a także ze standardami jazz-soul-blues. Grywam też z chórami gospel. No a teraz będzie jeszcze traska z trio Krzysztofa Herdzina z programem „Songs from Yesterday”. Sporo tego jest, więc zależy, gdzie jestem zaproszony i z jakim projektem.

Czyli tego wolnego czasu w ostatnim czasie nie ma?

Powiem szczerze, że nagrywać trzy płyty równolegle to jest niezły wyczyn, szczególnie, kiedy lata się po to za ocean (śmiech).

Życzymy zatem, aby każdy wylot za ocean był owocny. Nie możemy się także doczekać wszystkich nowych płyt, które Pan szykuje! Bardzo dziękujemy za rozmowę.

Bardzo dziękuję!