Gdy Tony Bennett się żenił, na jego ślub przyszło 2 000 fanek ubranych na czarno, by wyrazić swój żal związany z opuszczeniem przez Bennetta stanu wolnego.

I nic w tym dziwnego. Im dłużej słuchasz jak śpiewa, tym bardziej przekonuje cię, że w 1952 w dniu jego ślubu, nie sposób było znaleźć się gdzie indziej. Dziś Tonny Bennett to śpiewak dojrzały, pełen szlachetnej patyny. Minęły lata, a on wciąż imponuje doskonałą dykcją i elegancją.

Na „Silver Linings” sięga po piosenki Jerome’a Kerna – jednego z największych amerykańskich songwriterów, autora standardów granych przez wszystkich jak „All the things you are” czy „Yesterdays”. Płyta nagrana jest w duecie Bill Charlapem, pianistą z którym Bennett zna się od lat i rozumie bez słów.

Jest tu mnóstwo przestrzeni – fortepian przez większość czasu ogranicza się do stawiania akcentów – i co trzeba powiedzieć, głos Tony’ego tę przestrzeń w całości wypełnia. Więcej nawet – Tony Bennett w wieku 90. lat mógłby śpiewać a capella i tak by nie miał sobie równych.

Płynie więc lekko i subtelnie. Co jakiś czas podskoczy i przyswinguje. A wszystko to ubrane jest w staroświecki czar. Myślisz sobie, ten gość jest starszy od mojej babci, może wręczę jej tę płytę pod choinkę. Nie, chyba jednak lepiej posłuchać samemu. Po co ryzykować, jeszcze babcia się rozmarzy i odpłynie gdzieś w siną dal.

Tak, lepiej samemu posłuchać i nabrać śladu galanterii i szczypty niewspółczesnej już chyba ogłady.