Wojtek Olszak jest producentem, realizatorem nagrań, kompozytorem i pianistą. Od ponad 20 lat współpracuje z czołówką polskiej sceny muzycznej, jest także liderem supergrupy Woobie Doobie. Najnowszy album zespołu zatytułowany „Dawne tańce i melodie” ukaże się 11 października.

Jesteśmy tuż przed premierą nowego albumu Woobie Doobie, z pewnością masz wiele spraw na głowie – jaki nastrój panuje u Ciebie? Jakie masz plany na najbliższy czas?

Czuję się tak, jak byśmy byli debiutantami! (śmiech) Trzynaście lat nie wydawaliśmy własnej płyty, więc te wszystkie sprawy wydawnicze nas omijały – Artyści z którymi pracowaliśmy, po zakończonych nagraniach sami zajmowali się „resztą”. Tym razem jest tak, że po naszej stronie też jest sporo pracy organizacyjno-promocyjnej, bardzo ciekawej oczywiście, bo po tylu latach rynek muzyczny znacznie się zmienił. Emocje są ogromne! Mam lekką tremę przed premierą tego albumu – bo wiem, że idziemy stylistycznie trochę pod prąd obecnym czasom. Z drugiej strony trend takiego starodawnego grania znów wraca!

Wspomniałeś o waszej nieobecności – pewnie wiele osób przy różnych okazjach pyta – skąd taka długa przerwa? Co zmieniło się między wami i co zmieniło się u Ciebie od wydania ostatniego krążka?

Płyty Woobie Doobie zawsze były nagrywane pod wpływem nagłego impulsu. Tak jest i tym razem. Nie jesteśmy takim tradycyjnym zespołem, który nagrywa płyty raz na rok, później rusza na trasę koncertową, a później znowu przygotowuje się do płyty. Tak długa przerwa spowowodana jest tym, że każdy z nas pracuje z wieloma Artystami przy różnych projektach muzycznych. A między nami… w zasadzie to nic się nie zmieniło – oprócz tego, że się zestarzeliśmy, trochę chorób pewnie każdemu doszło i kilogramów, ale cały czas mamy tę samą głupotę we łbach i radość przy graniu, to samo poczucie humoru – na szczęście nikt się nie zestarzał mentalnie (śmiech).

Rozumiem, że wasze relacje wyglądają tak samo, jak kiedyś, tylko są poparte dłuższym doświadczeniem.

Tak! Nawet nasze podejście do grania Woobie Doobie się nie zmieniło. Zawsze graliśmy coś co jest połączeniem muzyki jazzowej z muzyką rockową, czyli takie klasyczne fusion z dużą zabawą rytmem, harmonią… Jedyne co się zmieniło, to to, że – porównując poprzednie płyty – nasza „starość” polega na tym, że nie chce się nam już grać solówek! (śmiech) Pamiętam, że przy pierwszej płycie mieliśmy pęd ku temu, aby jak grać bardzo gęste aranże – wyczynowe podziały, unisona, żeby cały czas coś się działo. Teraz gramy tylko instrumentalne piosenki – choć nie jest to muzyka smooth jazzowa.

„Dawne tańce i melodie” to pierwszy album Woobie Doobie nagrany metodą „na setkę”. Co sprawiło, że wybraliście właśnie ten sposób rejestracji?

Aby było szybciej! (śmiech). Łatwiej nam się było spotkać już w studio i dopiero tam zrobić próby. Tego teoretycznie nie powinno się robić, ale każdy z nas się wcześniej przygotował i już pierwsze „przegrania” utworów w studio rejestrowaliśmy. Całą płytę udało się nagrać w ciągu czterech dni – a w zasadzie trzech, bo pierwszy dzień spędziliśmy na ustawieniu mikrofonów, podłączeniu wzmacniaczy i dopięciu kwestii technicznych. Przy poprzednich albumach było tak, że wcześniej graliśmy swoje utwory na koncertach, więc wchodząc do studia każdy dokładnie wiedział, co ma zagrać. Na pewno trzeba dojrzeć do tego, żeby przekonać się do nagrań „setkowych”. Kiedyś wydawało mi się, że nagrywanie albumu ślad po śladzie jest bardziej precyzyjne – bo pewnie tak jest – ale przy wspólnym graniu występuje nieco inny rodzaj energii, jakiejś interakcji pomiędzy muzykami. W przypadku doświadczonych muzyków wystarczą zwykle dwa-trzy podejścia, z czego zazwyczaj zostaje pierwszy lub drugi.

Czyli te kilkanaście lat dało wam doświadczenie, które pozwoliło nagrać materiał w ten a nie inny sposób?

Na pewno! Każdy z nas od ponad dwudziestu lat udziela się jako muzyk sesyjny przy nagrywaniu bardzo różnych płyt mieszczących się w rozmaitych stylistykach muzycznych, więc ta ilość „przejechanych kilometrów” na pewno ma znaczenie. To też miało wpływ na szybkość nagrania tej płyty.

Wracając do przeszłości – „Bootla” jest albumem dość trudno dostępnym. Pierwsza płyta – „Album” uległa reedycji, co prawdopodobnie nie było trudne ze względu na fakt, że pierwotnie została wydana przez Olszak Records…

Tak, tak… (śmiech)

…Czy mimo faktu, że drugi album został wydany przez dużą wytwórnię, możemy liczyć na reedycję? Myśleliście o tym?

Zacznę od tego, że ta płyta ukazała się w niewielkiej ilości egzemplarzy i cały nakład się sprzedał. Rozmawiamy z firmą Universal Music Polska w sprawie reedycji tego krążka – bo to oni mają prawa do tego materiału. Jest szansa, że uda się to zrobić, choć trudno powiedzieć kiedy. Cały czas mają przecież mnóstwo nowych rzeczy do wydania.

Rozumiem, że materiały potrzebne do wytłoczenia albumu są cały czas w archiwach.

Tak, oczywiście.

Autorem okładki jest Marek Raczkowski, znany rysownik. Jak to się stało, w jaki sposób się poznaliście?

Przez kilka lat prowadziłem na antenie radia Tok FM razem z Cezarym Łasiczką satyryczną audycję nazwaną „Woobie Doobie” – na cześć naszego zespołu. Audycja ta była nominowana do nagrody „MediaTory”. W tym samym czasie Marek Raczkowski także był nominowany do tej nagrody – w innej kategorii. Poznaliśmy się podczas gali wręczenia tych nagród w Krakowie. A po gali – bardzo przyjemnie nam się balowało (śmiech). Marek – oprócz tego, że jest rysownikiem – jest też muzykiem pianistą! Myśląc o powstaniu albumu wpadł mi do głowy szatański pomfysł, że byłoby fajnie, gdyby zgodził się narysować coś na okładkę. Kiedy skontaktowałem się z nim, nie dość, że się zgodził, to jeszcze zrobił też kilka rzeczy, które znajdują się wewnątrz okładki – jesteśmy bardzo szczęśliwi z tego powodu!

Wsponiałeś o audycji radiowej pod szyldem Woobie Doobie. Pod tym szyldem oprócz studia nagrań i zespołu, istniało również kilka innych inicjatyw, takich jak radio internetowe czy forum muzyczne. Jak je wspominasz? Czy widzisz szanse na powrót albo powstanie nowej akcji?

Zaczynając od początku – najpierw było forum internetowe, które powstało z inicjatywy Wojtka Pilichowskiego. Działało przez ładnych parę lat, zrzeszając młodych muzyków i ludzi, którzy chcieli się uczyć gry na instrumentach, różnych pasjonatów, melomanów i handlarzy sprzętem muzycznym (śmiech). Założeniem tego forum było to, że w ogóle nie jest moderowane – liczyliśmy na mądrość użytkowników. To się sprawdziło. Przez pierwszych parę lat to działało znakomicie, później zrobił się delikatny bałagan i postanowiliśmy zamknąć to forum. Mimo to, do dziś ta ogromna cudna społeczność „forumowa” działa wspólnie na nowym forum – i świetnie, bo do dzisiaj ci ludzie się ze sobą kontaktują, zrodziły się przyjaźnie, związki, małżeństwa…

Skandale…

Skandale? Oczywiście, że tak! A jeśli chodzi o radio internetowe – ruszyliśmy z nim dokładnie dziesięć lat temu! To była jedna z pierwszych stacji internetowych nadających program na żywo. Na wywiady zapraszaliśmy wielu znanych muzyków, odbywały się jam sessions na żywo – ciekawa i bardzo ciepło przyjęta inicjatywa. Któregoś dnia towarzysko wpadła do nas Ewa Wanat, wtedy szefowa Radia Tok FM. Zaproponowała nam przeniesienie tej audycji do siebie. I tak wkrótce na antenie Tok FM prowadziliśmy z Cezarym Łasiczką oprócz audycji „Woobie Doobie”, także muzyczną audycję „Z niejednego pieca”, gdzie prezentowaliśmy nagrania niedostępne w stacjach komercyjnych.

Wracając do albumu – jak przebiegał proces twórczy? Widzę, że nie tylko ty jesteś autorem kompozycji. Czy są to wyłącznie utwory stworzone na potrzeby tej płyty?

Parę lat temu mieliśmy ambitny plan zabrać się z Woobie Doobie do nagrania nowego krążka – nawet ogłosiliśmy, że robimy powrót. Trochę to się wówczas rozeszło po kościach. Wtedy powstało parę kompozycji, ale większość to nowe rzeczy, napisane specjalnie na „Dawne Tańce i Melodie”. Namówiłem chłopaków także na to, aby każdy przyniósł chociaż po jednym utworze – żeby płyta była zróżnicowana kompozycyjnie.

Czy w muzyce po wydaniu drugiej płyty zdarzyło się coś, co mogło zmienić wasze inspiracje? Przyznasz, że trochę zmian nastąpiło w ostatnich latach. Czy zmienił się Wasz pogląd na muzykę, czy też cały czas jest to wypadkowa tego, co działo się wcześniej?

Każdy z nas obraca się w różnych stylistykach, nagrywamy też bardzo nowoczesne rzeczy współpracując z różnymi Artystami. Wojtek Pilichowski wydaje teraz płytę „Intro”, która jest połączeniem muzyki electro z muzyką fusion czy też jazzem – zupełnie nowe podejście do muzykowania. Płyta Woobie Doobie jest pewnie wypadkową naszych różnych inspiracji. Ja – na przykład – z wielką radością obserwuję wielu artystów z dawnych lat, którzy wracają na rynek i nie silą się na „nowoczesność”. Wynika to pewnie z mojego przesytu nowoczesnością i elektroniką. Wychowałem się w latach 80. i ewidentnie przesiąknięty jestem tamtym okresem. To na pewno słuchać na płycie Woobie Doobie. Myślę też, że jesteśmy jednym z niewielu zespołów w tym kraju – i to nie jest nieskromne – który może sobie pozwolić na takie starodawne granie. (śmiech)

Do nagrań zostały zaproszone trzy bardzo istotne w Polsce głosy – Ania Szarmach, Piotr Cugowski i Kuba Badach. W jakiej sytuacji dane Ci było spotkać każdego z tych wokalistów po raz pierwszy?

W większości przypadków – już nie pamiętam (śmiech). Piotrka poznałem chyba przy okazji nagrywania jednej z jego pierwszych demówek u mnie w studio. Potem pomagałem zespołowi Bracia rejestrować ich pierwszą płytę. Drugą płytę Braci produkowałem razem z Michałem Grymuzą. Z Anią znam się od czasu telewizyjnego koncertu z piosenkami Anny Jantar, który organizowała Natalia Kukulska. Byłem szefem muzycznym tego koncertu i oprócz muzyków Woobie Doobie, kompletowałem spory skład – smyki, dęciaki i dosyć duży chórek. Pamiętam, że brakowało nam jednego głosu i ktoś polecił nam właśnie Anię. Chwile później zaczęliśmy już pracować nad jej pierwszą solową płytą. Od tego czasu Ania stała się zdecydowanie moją ulubioną wokalistką sesyjną, najczęściej zapraszaną przeze mnie do nagrań. Z Kubą – to chyba też jakieś odległe czasy… Zdaje się, że ja się z Kubą poznałem, kiedy Polucjanci nagrywali swoją pierwszą płytę – w studio u Winka Chrósta. Ja w tamtym czasie bardzo często stacjonowałem w tym studio, więc tam się musieliśmy mijać (śmiech). A potem już wielokrotnie coś razem robiliśmy przy wielu płytach.

Podejrzewam, że wiele znajomości zawiązało się na korytarzach studiów muzycznych.

Oczywiście – lata 90., zwłaszcza tak gdzieś od 1992 roku – to był ogromny wysyp polskich płyt i te płyty się nagrywało non stop w różnych studiach. Muzycy się przewijali z jednej sesji na drugą. Muzyków sesyjnych nie ma zbyt wielu w Polsce – dobrze przygotowanych i sprawnych w studio, więc naturalną rzeczą było to, że często na nagraniach płyt pojawiali się ci sami ludzie. Na jednej płycie grał Dąbrówka, na drugiej grał Luty, na trzeciej Żaczek, na czwartej Pilich i tak w kółko – później różne kombinacje składów się mieszały przy wielu, naprawdę wielu produkcjach. Te przyjaźnie studyjne przerodziły się w przyjaźnie życiowe – do tej pory jest tak, że się wszyscy dobrze znamy i kumplujemy – jest ogromna sztama!

Porozmawialiśmy już o muzykach, teraz chciałbym Cię spytać o innego rodzaju gości. Usłyszałem już kilka utworów i podejrzewam, że z racji nieograniczoności czasu duża część Twojej kolekcji instrumentów klawiszowych znalazła swoje miejsce w nagraniach. Czy któryś z nich ceniłeś sobie najbardziej, jeśli chodzi o muzykę Woobie Doobie?

Przy tej płycie postanowiłem użyć tylko i wyłącznie instrumentów „organicznych” – żeby to były prawdziwe instrumenty. Głównym instrumentem jest po prostu akustyczny fortepian, a dodatkowymi instrumentami są najbardziej klasyczne klawisze – Hammond B3, elektryczne piano Rhodes, Minimoog, Yamaha CS-80, DX7, Prophet, Synclavier…

No właśnie, jak duży udział w nagraniu tego albumu miał właśnie Synclavier – to dość rzadki instrument? Czy to jest pierwsze Twoje nagranie, w którym mogłeś sobie pozwolić na sporą dawkę Synclaviera?

Uważam, że pierwsza nasza płyta jest ewidentnie przearanżowana, że tam jest za dużo grzybów w barszczu. Przy tej najnowszej nie chciałem utworów „przeładować” klawiszami. Tym razem szukałem raczej konkretnych barw, które uzupełniają pasmo nagrania, niż że ma grać dany instrument. Poza fortepianem i Hammondem pozostałe instrumenty klawiszowe raczej stanowią dodatek. Ale faktycznie Synclaviera jest sporo (śmiech).

Co sądzisz o przyszłości muzyki w sensie i dystrybucji i tworzenia jej przez Artystów? W jakim kierunku rozwinie się streaming? Czy muzycy zostawią wirtualne instrumenty? A może będzie to wyglądało zupełnie inaczej?

Trudno cokolwiek przewidzieć w tej chwili – technika zmienia się w tak gigantycznym tempie, że nie wiadomo, co będzie za rok! Mogę tylko przewidywać. Kiedyś udało mi się przewidzieć (choć to żadna filozofia, bo każdy, kto obserwuje rynek muzyczny i techniczny mógł na to wpaść), że streaming zlikwiduje piractwo w sieci – skoro można będzie muzykę odtworzyć w streamie legalnie i zupełnie za darmo. Myślę, że wkrótce znacznie poprawi się jakość dzwięku w streamie, bo łącza internetowe są coraz szybsze. Prawdopodobnie już niedługo będzie można płynnie stremować pliki WAV czy nawet 192kHz – to jest pewnie przyszłość. Natomiast jeśli chodzi o samą muzykę i muzyków, to zaryzykuję taką śmiałą tezę (choć nie jestem fanem żadnych wirtualnych instrumentów), że wyrośnie – oprócz muzyków, którzy grają na prawdziwych instrumentach – pokolenie ludzi grających „na laptopach” – prawdopodobnie pojawi się też paru wirtuozów. (śmiech) Do momentu, kiedy wirtualne instrumenty są emulacjami prawdziwych instrumentów, nie ma prawa to działać dobrze – ale zapewne powstaną zupełnie nowe instrumenty, które będą dawały zupełnie inny rodzaj brzmienia. Muzyk grający na laptopie chyba będzie się nazywał „Laptopista” (śmiech). Już teraz jest paru Artystów, którzy wykorzystują te nowe narzędzia w bardzo kreatywny sposób. I to jest ważne.

To już właściwie ostatnie pytanie, ale za to dość istotne. Niejednokrotnie, podczas wywiadów, warsztatów czy publikacji podkreślasz, jak ważną rolę w twoim rozwoju, jako producent muzyczny, odegrał Quincy Jones. Kogo jeszcze mógłbyś wymienić? Czy jest producent, z którym marzyłbyś współpracować jako pianista?

Quincy Jones zawsze był dla mnie guru i takim przewodnikiem życiowym – wszystko, co robił w życiu jest fascynujące i godne naśladowania. Oprócz niego ludzie, którzy są jego „uczniami”, czyli David Foster, Trevor Horn, Babyface, Rodney Jerkins, a także cała masa producentów muzyki rockowej – od Boba Rocka począwszy, po…

Ricka Rubina?

Tak, oczywiście! Rick Rubin – geniusz! Długo by wymieniać. Każdy producent, który robi dobre płyty, jest moim idolem (śmiech). Trochę to wynika z mojej fascynacji producentami, muzykami sesyjnymi i całą tą bandą ludzi, którzy nagrywali płyty w latach 70. i 80. Jeżeli chodzi o drugie pytanie… takich producentów mógłbym wymienić pewnie bardzo wielu – problem polega na tym, że nie wiem, czy bym się odważył współpracować z takim producentem jak Quincy Jones… Prawdopodobnie by mnie zeżarła totalna trema w studiu i nie dość, że w panice nic bym nie „ugrał”, to pewnie bym też ze strachu nie odezwał się słowem (śmiech).
W związku z tym, nie mam czegoś takiego, że marzę o tym aby kiedyś z kimś popracować… Znam swoje miejsce w szeregu i może niech tak zostanie (śmiech).

W takim razie życzę spełnienia wszystkich innych marzeń, dziękuję uprzejmie za rozmowę!

Dziękuję również bardzo! Pozdrowienia dla wszystkich czytelnikow JazzSoul!

04.10 odbyła się premiera singla „Szklanka Szaleństwa”. Poniżej materiał ukazujący nagrywanie tego utworu.