O Taylorze McFerrin było ostatnio dosyć cicho. W końcu przerwał milczenie i wydał na świat debiutancki album „Early Riser”– wydawnictwo na pewno przełomowe dla artysty, ale czy równie ważne dla świata muzycznego?

Wbrew sugestiom zawartym w tytule nie zalecam słuchania albumu o wczesnej porze, szczególnie po przebudzeniu.

Otwierająca płytę piosenka „The Antidote” zachęca i zachwyca jednocześnie wyważonym połączeniem elektroniki i żywych instrumentów. Odczuwalne jest delektowanie się chwilą, każdy fragment kolejnych utworów wypełniony został bogactwem brzmienia. Artyście udało się zbudować napięcie, którego intensywność można porównać do przypływających i odpływających fal dźwięku. Jednak masa różnych dźwięków i odgłosów skondensowana w poszczególnych piosenkach po tym jak wprowadza w lekki trans, bądź uśpienie, po chwili może przytłoczyć. Brzmienia, mimo staranności w przygotowaniu stają się momentami nachalne.

Taylor McFerrin z pieczołowitością opracował materiał na album, ale zapędził się w procesie produkcji i mainstreamu. Żywiołowe brzmienia funku, r’n’b zostały przygłuszone przez syntezatory, stąd też album stał się mętny i nostalgiczny. Brakuje wyraźnego punktu odniesienia, choć zapewne wspólnym mianownikiem miał być jazz.

Warto zwrócić także uwagę na udane występy muzycznych gości, takich jak: ojciec Bobby McFerrin, Emily King o łagodnym głosie, Nai Palm, Cesar Camargo oraz RYAT.

„Early Riser” to bardzo subiektywna i futurystyczna wizja nowej formy jazzu bez jakichkolwiek ograniczeń, o skomplikowanej strukturze.

Początkowo wydawało mi się, że tytuł płyty nie jest właściwy, ponieważ „ranny ptaszek” kojarzyć się może z przebudzeniem, energią, żywiołowością, ale z drugiej strony oznacza także ulotność… Taylor McFerrin widocznie nie wyrwał się z marazmu, dlatego album „Early Riser” niesie ryzyko szybkiego zapomnienia.