Robin Thicke po ogromnym sukcesie hitu „Blurred Lines” powraca na rynek muzyczny z nowym albumem niczym Mąż Marnotrawny, bowiem cały album „Paula” dedykowany jest żonie Pauli Patton, która go porzuciła.

Na skutek promocji najnowszego albumu Robina Thicke zamiast skupiać się na muzyce, w mediach promowane jest znacznie szerzej jego życie prywatne, a wraz z nim wszystkie szczegóły, domysły i plotki dotyczące przyczyn rozstania artysty i jego żony. Przyćmiewa to zdecydowanie muzykę, a co gorsze może także spowodować pogorszenie jej odbioru. Szczególnie jest to odczuwalne w warstwie tekstowej. Momentami rażą wręcz ckliwe i banalne teksty Robina, który falsetem wyśpiewuje prośby o powrót żony.

Brzmienia nie zawodzą. Album ma kameralny wydźwięk, między innymi poprzez rezygnację w kilku kompozycjach z instrumentów perkusyjnych. Dzięki temu muzyka nie jest nachalna. Podstawę albumu stanowią fortepianowe ballady jak „Still Madly Crazy” oraz „Forever Love”. Nie zabrakło także dosyć frywolnych kawałków, jak „Tippy Toes”, czy „Living In New York”. Na uznanie zasługuje zgrabne połączenie soulu z bossą-novą, r’n’b, bluesem, muzyką gospel oraz broadwayowskimi klimatami. Brzmienia są łagodne i rytmiczne.

Rzeczą oczywistą jest, że PR jest bardzo ważny, szczególnie w przypadku gwiazd światowego formatu, jak Robin Thicke. Trudno ocenić, czy publiczna spowiedź, przyznanie się do winy i postanowienie poprawy w formie komercyjnego krążka, który można nabyć za określoną wartość są szczere… Granice dobrego smaku w sytuacji koncept-albumu łatwo przekroczyć.

Czy choć muzyka obroniła się sama? Udzielicie rozgrzeszenia Robinowi Thicke?