Jeden z fragmentów Apokalipsy św. Jana rozpoczyna się słowami: „I ujrzałem niebo nowe i ziemię nową, bo pierwsze niebo i pierwsza ziemia przeminęły i morza już nie ma” (Ap 21, 1). Oznaczeniem tego wersetu posłużył się jZamojski do zatytułowania utworu otwierającego EPkę „Sześć”. Jego w pełni debiutanckie wydawnictwo to osobista wizja apokalipsy… apokalipsy jZamojskiego.

Czy to jeszcze jazz czy muzyka elektroniczna? Jazz jest gatunkiem niezwykle chłonnym i elastycznym. Najlepszym tego przykładem jest właśnie najnowszy materiał jZamojskiego, w którym muzyk zwinnie połączył pozornie przeciwstawne żywe i elektroniczne brzmienie. Jazz jest dla niego punktem odniesienia i wyznacznikiem, mimo iż czasem trudno jest od razu doszukać się jazzowych odniesień.

Łączenie elektroniki i jazzu nie jest posunięciem pionierskim, ale nadal modnym. Nie jest to łatwa umiejętność. jZamojski wykazał się jednak dostateczną wrażliwością i wyobraźnią, aby uniknąć pretensjonalności. Jego wkład w ostateczne brzmienie zasługuje na uwagę, bowiem jak przystało na człowieka orkiestrę, zagrał większość partii na poszczególnych instrumentach. Brzmienia serwowane przez jZamojskiego otwierają umysł i nowe horyzonty. Wyostrzają także zmysły, ponieważ jego muzyka wymaga skupienia. 

Muzyka jZamojskiego brzmi, jak gotowy materiał na ścieżkę dźwiękową dobrego, filmowego dramatu, którego akcja dzieje się w nowoczesnej metropolii. Brzmienie „Sześć” jest niezwykle dynamiczne, świeże i plastyczne.

Apokalipsa jZamojskiego nie stroni od mrocznych, lekko brudnych i psychodelicznych dźwięków. „Sześć” niesie ze sobą ogromny ładunek emocjonalny. Czasem budzi lęk, niepokój, czasem chwile wytchnienia, a z pewnością skłania do refleksji. Mimo wszystko  jego apokalipsa nie wydaje się aż tak straszna… z ochotą można po nią sięgać kolejny raz, namiętnie się wsłuchiwać i odkrywać nowe treści.