Wielu z Was zastanawia się pewnie dlaczego wcześniejsza recenzja (na chwilę) zniknęła ze strony, już tłumaczę. Miałem pomysł aby zamieścić dwie opinie o albumie, pierwszą napisaną przez osobę, która nie zna twórczości Johna, drugą przez osobę lubiącą jego muzykę. Niestety, wielu internautom nie udało się wytłumaczyć tego zabiegu (nie mówię tutaj o osobach, które zadawały konkretne pytania Agnieszce), a chodziło jedynie o inne spojrzenie na płytę, bez sentymentów etc. (pierwsza recenzja do przeczytania tutaj). Z jednej strony ich zachowanie jest dość smutne, z drugiej wręcz zabawne. Poniżej druga, zaplanowana recenzja. Liczymy się z tym, że owi hejterzy powrócą i dalej będą robić „swoje”, dla nich mamy informację – pisaliśmy, piszemy i będziemy pisać, czy Wam się to podoba czy nie. – Mateusz Ryman

Pięć lat – tyle czasu minęło od wydania albumu „Evolver” Johna Legenda. Słuchając rozszerzonej wersji najnowszej płyty amerykańskiego piosenkarza trzeba przyznać – warto było czekać.

Już sam wstęp, 40-sekundowe „Love in the Future (Intro)” intryguje, zachęca do dalszego słuchania. Naturalny, emocjonalny wokal Johna „Legendy” Stephensa słychać w każdej z dwudziestu propozycji, które zamieścił na deluxe edition. Wielu słusznie może zarzucić piosenkarzowi, że większość utworów jest przekrzyczanych, a nie wyśpiewanych. Mnie to w ogóle nie przeszkadzało,  ponieważ dzięki temu słyszałem jeszcze więcej prawdziwych emocji, które artysta chciał przekazać.

Część utworów opowiada, tak jak wskazuje sam tytuł, o miłości i jej przyszłości. Zarówno „Beginning”, „Open Your Eyes” jak i single „Made to Love” czy „Who Do We Think We Are” (nagrany z udziałem Ricka Rossa), opowiadają o uczuciu, jakim wokalista darzy ukochaną [Chrissy Teigen – przyp. red.]. Wszystkie zostały ozdobione świetnym instrumentarium oraz pięknymi (chociaż czasem banalnymi, jak np. w „Hold On Longer”) tekstami. Warto dodać, że za produkcję większości kompozycji z płyty odpowiedzialni są Kanye West i Dave Tozer. Poza nimi, nad produkcją albumu stoją m.in: Jon David Anderson, Hit-Boy, Mark Williams, Darhyl Camper, The Twilite Tone, Doc McKinney czy Ali Shaheed Muhammad.

Do najciekawszych propozycji z „Love in the Future” zaliczyłbym wzruszającą balladę „All of Me”, rytmiczne „Save the Night” oraz  „Tomorrow” z elementami reggae. Początek tej ostatniej, zachowany został w klimacie jazzowych hitów lat 50., dzięki czemu szybko wpada w ucho. Podobnie z „Caught Up”, który dzięki „militarnemu” wstępowi wyróżniła się na tle pozostałych kompozycji.

Każdy z utworów został napisany i wyprodukowany na najwyższym poziomie, jednak ich ilość nieco przytłacza. Gdyby pozbyć się z albumu kilku najnudniejszych, najsłabszych utworów – „You & I (Nobody in the World)”, w którym przez cztery minuty słyszałem identyczne dźwięki, czego nie zdołał zdominować nawet świetny wokal Johna, oraz „Asylum”, które pomimo świetnie wprowadzącego w klimat wojska początku stało się nijaką, trzyminutową piosenką.

Na rozszerzonej wersji albumu znalazły się cztery nowe utwory: soulowe „So Gone”, duet „We Loved It” z Sealem, spokojne, jazzowe „Aim High” oraz „For the First Time”. Każda z nich uwydatniła największe zalety „Love in the Future”, czyli ciekawe tło instrumentalne, przemyślane teksty oraz emocjonalność, związaną, m.in. z miłością do swojej narzeczonej, o której śpiewa w praktycznie każdej kompozycji. Warto było czekać tyle lat na ten krążek!