Yoann Lemoine – dwudziestodziewięcioletni reżyser teledysków, grafik, ale teraz przede wszystkim muzyk. Nie kojarzony z imienia i nazwiska, słuchaczom znany jako Woodkid. Wielu z nas mogło zauważyć linki prowadzące do jego utworów, dodawane przez znajomych na tablicę. A z pewnością i przede wszystkim jeden z nich – Iron. Mieszkańcy Śląska zainteresowani Dniami tego województwa mieli okazję posłuchać na żywo jego oryginalnej twórczości. Koncert odbył się w ostatni piątek, na scenie zmontowanej na Placu Sejmowym w Katowicach. Mimo oszczędności ruchu, dynamiczność całości podtrzymywana była grą świateł połączoną z jedynym elementem chaosu – sztucznym dymem. Na samym początku widzów powitało pojawienie się na ekranie stałego tła całego przedstawienia – dwóch białych skrzyżowanych ze sobą kluczy w kontraście z czernią. (Dla bardziej zainteresowanych symbol kojarzony z kanału Woodkid’a na YouTube). Oczekiwanie na sam wokal przedłużała „rozgrzewka” instrumentów dętych, która w połączeniu z późniejszym przyłączeniem się klawiszy stworzyła zgrabny wstęp. Przybycie samego Woodkida na scene zostało przyjęte aplauzem oczekujących. Warto zaznaczyć, że cały koncert trwał niespełna godzinę, aż może nawet aż godzinę. Czego można się było spodziewać ,oprócz zamieszczonych na YouTube utworów „Brooklyn” i „Iron”?

Niektórzy spodziewali się otwarcia koncertu właśnie znanym materiałem. Jednak piątkowy występ był przemyślanym, jak już został nazwany wcześniej, przedstawieniem, pełnym nieznanych utworów będących materiałem na płytę, której możemy się spodziewać już pod koniec tego roku (polecam „Run Boy Run”). Wystarczyły jedynie gesty, brak specjalnego ruchu scenicznego, oprócz ustalenia, które miejsce przeznaczone jest dla wybranego muzyka. Przyjemnie ogląda się scenę, na której dzieją się rzeczy przemyślane. Niestety przez pierwszą połowę koncertu, oprócz gestów i (oczywiście ważnego) przekazywania emocji przez wykonawców, nie działo się nic. Taka sytuacja w połączeniu z nieznajomością twórczości słuchaczy, może ich samych zrazić. Próba publiczności? Wydaje mi się, że nie to było celem – pojawili się ludzie świadomi tego wydarzenia. W końcu wszyscy przyszliśmy na koncert! Jednak nie można się dziwić różnym reakcjom. Ponieważ od jakiegoś czasu jesteśmy przyzwyczajani do widowiskowej formy przekazu sztuki. A koncert Woodkid’a, atrakcyjny w formie, nie był jednak tak widowiskowy, jak można się było spodziewać. Do czasu.

Każdemu ,kto pozostał na swoim stanowisku przed sceną, zostało to wynagrodzone. Woodkid w połowie koncertu zaprezentował pare utworów, wydawać by się mogło – tanecznych, z pewnością z większą energią. Zmienił się nawet jego ruch sceniczny – zaczął skakać i zachęcać do tego widownie. Wtórowała mu w tym reszta zespołu. Mimo tej nagłej zmiany charakteru, muzyczna część nadal tworzyła spójną całość. Po tych kilku utworach znów powróciliśmy do wcześniejszego tempa i nastroju. W końcu nadszedł czas na „Iron”. Każdy kto uwielbia ten utwór, gdy dźwięki wypływają z głośników, zapewne wyobrażał sobie emocje, które towarzyszyłyby realnemu towarzyszeniu wykonawcy. Jak zawsze można powiedzieć – nie da się tego wyobrazić. A ja powiem inaczej : lepiej sobie tego nie wyobrażać. Lepiej to po prostu poczuć.

Na koniec warto uzupełnić całą relację paroma dość istotnymi szczegółami. Wspomniana wcześniej świadomość swojego miejsca na scenie była również widoczna, gdy pojawili się kolejni muzycy, dodający do całości grę na instrumentach perkusyjnych. Ułożenie każdego na scenie tworzyło kolejny element scenografii. Zachwycała synchroniczność nie tylko wykonawców między sobą, ale również ta między nimi a rytmem, muzyką. Sam Woodkid w czasie koncertu parę razy odezwał się, zdradzając nawet, że jego matka jest Polką. Zaskoczył wszystkich również zejściem ze sceny na plac przed barierkami odgradzającymi publiczność. Świadczy to o otwartym podejściu Woodkid’a do słuchaczy. Kolejnym dowodem jest jego wpis na Twitterze. Po nieustających oklaskach, część zespołu zdecydowała się na bis. Niestety po nim, musieliśmy się pożegnać z Placem Sejmowym, już wtedy mając świadomość, że oglądaliśmy występ ludzi, o których na pewno jeszcze wiele razy usłyszymy.

Aleksandra Aleksander