Free your mind”, „My lovin’ (you’re never gonna get it)”, Don’t let go (love)”, „Riddle”… evergreeny takie jak te mógłbym wymieniać naprawdę długo. En Vogue, bo o nich mowa wracają z nowym materiałem. Żeńskie trio, ugruntowane po kilku przejściach tworzą obecnie Terry Ellis, Cindy Herron i Rhona Bennett. Mają na koncie jeden album w tym składzie, Soul Flower (2004). Przez 14 lat grupa koncertowała, zbierała materiał na kolejne wydawnictwo, ale doczekaliśmy się tylko album bożonarodzeniowego. Czyżby oznaczało to, że magia En Vogue ulotniła się i pozostała tylko cieniem lat 90?

Electric Cafe, tak nazywa się najświeższa płyta i niestety nie jest wybitna, przełomowa i przewyższająca dotychczasowy dorobek zespołu. Przełamywanie trudności jest jednak silną stroną zespołu. Podniosły się po tym jak Dawn Robinson opuściła szeregi grupy w szczytowym momencie kariery. Maxime Jones jako druga zrobiła to samo kilka lat później. Amanda Cole, która zastąpiła Maxime nie zabawiła długo na podwórku En Vogue. Finalnym składem okazało się dopiero dołączenie Rhony.

Ich pierwszy wspólny album okazał się najsłabszy w dorobku. Nieznaczna sprzedaż, kilka małych promocji telewizyjnych i zdecydowanie nikłe zainteresowanie materiałem. Minęło 14 lat. W muzyce to bardzo dużo czasu. Śmiało można stwierdzić, że kolejne pokolenie weszło do gry. Wypadkową jest nie tylko to, aby o sobie przypomnieć ale i zaistnieć dla nowej publiki. Obecny album jest z jednej strony bardzo pokorny, bo może i wszystkie trzy Panie nie mają już 20 lat, ale zdolnościami wokalnymi pokonują na pewno połowę dzisiejszych wokalistek. Robią to jednak w sposób stonowany. Daremne szukać w utworach spektakularnych wokaliz czy harmonii na miarę „Hold on” sprzed prawie 30 lat. Głosy rozdzielone są sprawiedliwe. Nie da się tak jak w większości girls bandów oszacować, która jest wiodącą wokalistką, a która robi za tło. Tła nie ma. Są trzy mocne, charakterystyczne i spójne wokale. Jest prawdziwie zespołowe podejście.

Całość utrzymana jest w energii pchającej do działania, aniżeli gładkich sentymentalnych pościelówek. Tak naprawdę, na płycie nie ma ani jednej słodkiej ballady. Czyżby nowe pokolenie nie miało ochoty trochę się pockliwić? Zacznę więc od końca, bo jest on początkiem pochlebstw. Zamykający tu całość „So serious” jest definitywnie najlepszym kawałkiem tria od lat. Zadziorny niczym „Whatever”, z mięsistym, grubym beatem i piorunującą energią od razu podnosi wydawnictwo o stopień wyżej niż przeciętny. Przesterowane wokale pełne dramaturgi pokazują, że Terry, Rhona i Cindy wiedzą co to girl power. Niestety nie ma równie dobrej pozycji na tej płycie. Reszta oscyluje w poprawnym soft R&B („Blue skies”, „Rocket”, „I’m good”, „Deja vu”), zdarza się mały przyjemny oldschool ze wspomaganiem Snoop Dogg‚a („Have a seat”) i to by było chyba na tyle. Reszta to upychacze, których zadaniem jest aby płyta była nowoczesna, lekka i przyswajalna dla nowych słuchaczy. Jest pozbawione polotu „Reach 4 me”, nie wiedzieć po co (!!!) totalnie nietrafione, dance’owe „Life” i „Love the way”, które nie przestaje kojarzyć się ze sztampowymi szwedzkimi produkcjami (pamiętacie radiowe hity piosenkarki September? Wypisz, wymaluj te klimaty). Jakby się uprzeć to można jeszcze przy dobrych wiatrach, albo dość specyficznym nastroju zrozumieć ideę utworu „Electric cafe”. Jest to bardziej disco-pop, jakże inny od wszystkiego co kojarzy się z kompozycjami tria.

Pytanie zatem brzmi czy jest to dobry album?

Mam problem, bo czuję się pół na pół. Z jednej strony te głosy są genialne, te barwy idealne i pod względem wokalnym nie mam prawa się przyczepiać. Z drugiej strony masa produkcyjna jest ciężkostrawna i za krótko wypalana w piecu. No ale jest przecież „So serious”, które może wybrzmiewać 5 razy pod rząd i ciągle zachwyca. Nie jest to album En Vogue, który bym sobie wymarzył. Brakuje mi autentyczności, którą grupa miała aż do albumu Masterpiece Theatre, ale nie jest też aż tak źle abym odłożył ten album i więcej po niego nie sięgał. Takie pół na pół w dobrą stronę. Może jeszcze kiedyś panie powrócą w takim stylu, że szczęki nam opadną. Cindy, Terry i Rhoda nadal potrafią i wiedzą jak to zrobić.

Ocena płyty: