TLC “TLC”

Chociaż termin „piosenkarstwo hiphopowo-soulowe” na pewno nie wszystkim się dobrze kojarzy, to członkinie grupy TLC zawsze przydawały mu szlachetności, wywiązując się ze swoich zadań poprawnie. Dwie panie, całkiem już dziś dorosłe, po 25 latach od debiutu, żegnają się z publicznością. I jakkolwiek ocenimy ich najnowszą płytę – za całą dotychczasową twórczość należy im się uznanie.

TLC-Sunny_99783491_203667701

W latach 90., wtedy jeszcze jako trio, TLC świętowały sukces za sukcesem. Były trzy. T-Boz – zmysłowy niski głos, Left Eye – temperament, Chilli – trohę smaczku. Wszystkie młode, piękne, utalentowane, obdarzone niezłymi głosami. Nawet gdyby nie miały nic do zaoferowania, i tak pokochałaby je prasa. Wszystko przez to, że ledwie się pojawiły, od razu zakręciły w głowie kolegom po fachu. Oj, miały o czym pisać brukowce! O tym, że TLC ignorować nie wolno, niech świadczy fakt, że na producentów ich bestsellerowego albumu „Fanmail” wybrały dwa największe talenty czarnej muzyki rozrywkowej lat 90., Dallasa Austina i Babyface’a. Świetne głosy, urocza „czarna” prezencja i nowoczesny soul najwyższych lotów. Przez wiele lat na topie, z którego wydawało się, nieprędko spadną. Niestety tragiczna śmierć Lisy Lopes w 2002 roku, dramatycznie odwróciła losy ich wspólnej kariery — wydany jeszcze w tym samym roku album „3D” niestety nie został doceniony i poległ na międzynarodowych listach przebojów.

TLC, na swoim najnowszym, zapowiedzianym jako zamykający dyskografię zespołu, albumie, korzystają dokładnie z tych samych, sprawdzonych schematów co dawniej. Płyta wydaje się być sequelem pomysłów z czasów świetności girlsbandu. Jedenaście utworów to nie tylko udane kompozycje, przyzwoite teksty i produkcje na bardzo wysokim poziomie. Bez wielkich nazwisk w tle, TLC zgrabnie łączy elementy starej szkoły R&B i melodyjnego hiphopowego uderzenia. W ponad 18 lat od przebojowego „Fanmail” czarnoskóry duet potwierdza wokalną klasę produkcją staranną, choć wyjątkowo nierówną repertuarowo. Aż chciałoby się te dwa głosy usłyszeć na tle albo nowoczesnych podkładów, albo zmysłowych brzmień soulowych, a tu jedynie typowa radiowa Ameryka. Raz brzmi to jak drapieżniejsze wcielenie Katy Perry. Raz jak drag queen w repertuarze Prince’a. Jak dla mnie zbrakło tu młodzieńczej spontaniczności, którą charakteryzowały się pierwsze albumy zespołu.

Przebojowych kawałków tutaj nie ma, co jednak nie znaczy, że nie ma na czym ucha zawiesić. Dziewczyny z TLC mają dar przykuwania uwagi, zarówno gdy rapują w jazzowej manierze („Aye Muthafucka”) jak i wtedy, gdy ich głosy tworzą perfekcyjny chórek („Perfect Girls”). Wymienione kawałki są charakterystyczne także dla tematyki tekstów dziewczyn, najogólniej wojowniczo-feministycznej.

Piosenki są melodyjne, ładnie to brzmi, dziewczyny śpiewają o ważnych sprawach (m.in. w „American Gold” nawiązują do złej sytuacji i politycznej w Stanach Zjednoczonych). Trzeba przyznać, że robią to (i wszystko jedno, ile w tym pracy różnych speców od produkcji nagrań, a ile ich samych) naprawdę dobrze. Szczególnie jeśli idzie o kwestię współbrzmienia głosów. Wygląda to jak jeden stwór, który przez całe życie nic innego nie robił, tylko śpiewał dwoma głosami naraz. Jest trochę synkopowanych rytmów (erotyczny i najbardziej współcześnie brzmiący „Scandalous”), funky, a nawet rapu (za sprawą „gościnnie” tu wmiksowanego głosu Snoop Dogga w „Way Back”). Coś jeszcze? Jeden numer („It’s Sunny”) miejscami bardzo kojarzy mi się z disco późnych lat siedemdziesiątych (Boney M. i inne „wynalazki” Franka Fariana). Tak na zasadzie sentymentu. Płytę zamyka pożegnalny „Joy Ride”, będący podziękowaniem dla wszystkich fanów, za ćwierć wieku wspólnej, muzycznej podróży.

Trudno napisać coś więcej o zespole TLC Anno Domini 2017, który celuje w koledżową przeciętność. Łatwość pisania melodii to wiele, lecz nie wszystko. Potrzebny jest haczyk w refrenie, który będziemy nucić przez tydzień, iskra pozwalająca bezbłędnie wyłowić grupę z radiowego szumu, najzwyklejsza charyzma… Naprawdę podoba mi się ich granie, bo w ogóle lubię taką stylistykę. Mam tylko pretensję, że współcześnie TLC to tylko orbita Rihanny.

Ocena płyty: