Felieton: Wielka Kariera Heńka Trąbki #8

 

8.  Jazz jest kobietą

Pamięta dokładnie, że jakoś nigdy nie siedział na tylnich siedzeniach autokaru w drodze do Zakopanego czy Cisnej. Inni siedzieli. Mieli twarze, na których błyszczał sukces, a na nogach najmodniejsze jeansy. Mieli koszule flanelowe, na których czerwono-czarna kratka lśniła blaskiem bogactwa. Jakoś nigdy nie zdołał jako dzieciak w wielu szkolnym stać się człowiekiem popularnym.

Zawsze coś mu stawało na przeszkodzie. Takie szelki na przykład. Dziś to jest, okazuje się, modny gadżet, ale w latach szkolnych Heńka Trąbki był to synonim obciachu. Nie dało się tego wytłumaczyć jego mamie. Twierdziła uparcie, że szczytem obciachu będzie chwila, w której Heńkowi spadną spodnie zsuwając się z jego zawsze zbyt szczupłej tali i ukażą jego majtki, które kiedyś były białe.

Dziś próbował się odnaleźć w nowej sytuacji. Otóż, był Heniek niekwestionowanym królem popularności Prywatnej Szkoły Wybitności. Miały na to wpływ jego liczne sukcesy edukacyjne – talent kompozytorski oraz znajomości w kręgu wybitnych polskich jazzmanów. Heniek podejrzewał jednak, że kluczowa była inna sprawa – jego wiek i wiążące się z tym przywileje. Po pierwsze – Heniek mógł palić papierosy i robił to dość często, zaciągając się niezdrowym, cuchnącym dymem, nawet kiedy drugą stroną ulicy przechodzili profesorowie. Mógł kupować i pić dowolne ilości alkoholu, co czynił bez skrępowania, kiedy szli z kumplami na obiad do pobliskiej pizzerii. Oficjalnie nie dawał spróbować, ale kiedy wychodził do łazienki, a z jego kufla ubywało pół zawartości, nie robił awantur, tylko kupował następne piwo. Nie mówiąc już o tym, że nie mieszkał z rodzicami już od stu lat i dzięki temu mógł oglądać dowolne horrory o dowolnej porze. Najważniejsze jednak – sam sobie pisał usprawiedliwienia za wszystkie nieobecności.

Wszyscy w klasie chcieli siedzieć z Heńkiem, wszyscy chcieli odwiedzać go w jego mieszkaniu i przynosili mu czekolady we wszystkich smakach świata – ot tak, w dowód przyjaźni. Wszyscy, poza Krzysztofem, który twierdził, że ma już ugruntowaną pozycję przyjaciela Trąbki i z dumą opowiadał każdemu, kto chciał go słuchać o wspólnie z nim przeżytych historiach. W większości mrożących krew w żyłach.

Heniek pławił się w blasku sławy i chwały. Nauczyciele także go cenili, więc życie nie mogło już stać się piękniejsze. Wynika z tego niestety, że mogło stać się jedynie gorsze.

Nadchodziła wiosna. Czuć ją było w powietrzu. Wiatr przynosił zapach cieplejszych dni i czegoś przypominającego babcine fiołkowe perfumy. Nagle wszyscy w koło, zupełnie stereotypowo, zaczęli łączyć się w pary. Tomek z Agnieszką. Romek z Krystyną. Nawet Krzysztof poznał drobną blondynkę z klasy medycyny naturalnej. Nagle zaczął przynosić w kubku termicznym zaparzone zioła zamiast kakao i wymądrzał się na temat akupunktury. Heniek, mimo że pozornie miał wszystko, zaczął odczuwać w swoim życiu pewne braki. Jeden brak, mówiąc ściślej. Brak kobiety.

Jeśli się długo myśli o tym, że trzeba by się zakochać to – nie ma siły – stanie się wcześniej czy później. U Heńka stało się wcześniej.

Zobaczył ją na nowo w poniedziałek. Była 13:15 i zaczynało się właśnie kółko chóru szkolnego. Niby ją znał już wiele tygodni, ale było dziś jakoś inaczej. Nagle nie widział nic poza nią, ponieważ stała tuż przed nim. Jej gruby warkocz spięty na czubku głowy łaskotał go w brodę przy każdym poruszeniu. Nie mógł sobie przypomnieć jak ona się nazywa. Chodziła do jego klasy, ale nigdy nie słyszał, by ktoś zwrócił się do niej po imieniu. Zawsze wołali za nią – Zmora. Bezczelność, na którą do tej pory nie zwrócił uwagi. Może i miała te kilka kilogramów zbyt wiele. Faktycznie, pod brodą układał jej się drugi i trzeci podbródek, ale to tylko dodawało jej uroku.

Nie podobały mu się te dzisiejsze kobiety. Chude to niemiłosiernie, straszy wystającymi obojczykami i zapadniętymi policzkami. Jak się przytulić do takiego monstrum? Weźmiesz to to za rękę i kości wbijają ci się w palce. Koszmar. A Zmora? Apetyczna, piękna, cudowna, wspaniała!

Po lekcjach zaczaił się na nią w szatni. Wrzasnęła, kiedy wyłonił się zza rogu.

– Stary, czemu ty mnie straszysz, czego ty chcesz?! – wrzeszczała wymachując w panice swoim saksofonem.

– Nic, nic – uspokajał – ja nic złego. Ja tylko chciałem zapytać… Jak tym masz na imię?

Zdziwiła się, ale udzieliła odpowiedzi rumieniąc się nieco. Ella! Ella! Nie do uwierzenia! Co za cudowne, niebiańskie imię! W jego głowie rozbrzmiała melodia „Heaven, I’m in heaven”. Ona coś mówiła jeszcze, nie rozumiał nic, bo ta melodia w głowie zagłuszała mu wszystko. Rozpoznał tylko słowo: „kapusta”. Czyżby ta oryginalna istota chciała zaprosić go na obiad? Czyżby odwzajemniała jego uczucia?

– Kapusta? – powtórzył tępo.

– Kapusta, Kapusta! A co nie podoba się? – krzyknęła.

– Podoba, podoba, czemu nie. Ja bardzo lubię kapustę, bardzo. Tylko nie samą. Z ziemniaczkami, z kotlecikiem…

– Co ty stary chrzanisz?! Czemu ty się wyśmiewasz z mojego nazwiska?! Cham!

– Z nazwiska – Heniek nie wiedział, co się do niego mówi. Zgłupiał doszczętnie i starał się to wszystko jakoś zrozumieć.

– No nazwiska. Jak ty się możesz nazywać Heniek Trąbka, to ja mogę Ella Kapusta, nie?

Mogła, owszem. Pewnie. Czemu nie. Kapusta to nazwisko dobre jak każde inne. Smaczne i polskie. Z tradycjami królewskimi, bo chyba coś tam było z królową Boną. Była piękna, kiedy się złościła. Trzymała ręce zwinięte nad brzuchem, oczy mrużyła i sypały się z nich groźne iskry.

Nie mógł tłumić w sobie tego uczucia, rozpierało go i nie pozwalało się utrzymać na wodzy. Wypsnęło mu się w końcu żenujące zdanie:

– Podobają mi się twoje podbródki…

Chciał się schować pod ziemię. Ella stanęła jak wryta. Chwyciła się pod boki i długo się mu przyglądała.

– No stary, ja wiem, że ty jesteś najpopularniejszy facet w szkole, ale ile ty masz lat właściwie? Ja mam dwanaście i od przedszkola ostrzegają mnie przed pedofilami. Więc uważaj sobie, bo jestem świetnie przeszkolona! Ale jeśli zależy ci na podbródkach, to chyba będę mogła ci pomóc…

Heniek miał twarz koloru buraka. Milczał. Co za upokorzenie! Ta cała Ella miała rację! Jeśli teraz pójdzie na policję, to zamkną go niewątpliwie i skończy się jego kariera. Zgnije w celi samotny i pozbawiony perspektyw. A ile się słyszy o tym, jak są traktowani pedofile przez współwięźniów.

– Yyyy – zdołał wyjąkać – Pomóc?

– Tak, niech stracę. To proste, stary. Ja mam matkę, w naszej rodzinie podbródki są dziedziczne, a ich ilość powiększa się wprost proporcjonalnie do wieku. Umówię was, bo na ojczyma to byś mi się nadał.

Ot, umarła miłość, niech żyje miłość! Życie toczy się dalej i kto wie, co jeszcze czeka na Heńka, poza pięknymi, pulchnymi podbródkami.

Ciąg dalszy nastąpi, bo miłość miłością, a życie życiem.