Felieton: Wielka Kariera Heńka Trąbki #7

7. Praktyka czyni mistrza

Wszystko topnieje wkoło. Śnieg i lód, i bałwany. A wraz ze wszystkim także i zapał. Heniek siedział od kilku dni w szkole jak na ścięciu. Wciąż senny i niechętny próbom. Zapomniał nawet, że miał robić wielką karierę. Krzysztof także mizerniał z dnia na dzień i robił się coraz bledszy, mimo, że matka wmuszała w niego dwie łyżki tranu dziennie. Nic nie pomagało. Heniek czekał na wiosnę, a wraz z nią – na nowe siły witalne. Na razie siedział cichutko w ostatniej ławce, schował saksofon pod stolikiem i udawał, że pilnie notuje. Pilnie notujących nikt się nigdy przesadnie nie czepia.


Wsłuchiwał się w melodykę głosu profesora. W ten sposób uciszał własne sumienie i wmawiał sobie, że ćwiczy. Śledził, jak zmienia się ton wypowiedzi i wyobrażał go sobie na pięciolinii. Na arzie spokojnie, monotonnie, jakby melodia dopiero się zaczynała. Jakby jeszcze nie była w pełni rozkwitu, ale już wiedziała, że zaraz wybuchnie pełną energią. Powoli, dołączały się nowe, ostrzejsze nuty. Genialne przebicie monotonii dźwięku! Świetna harmonika! Jednak co profesor, to profesor. Melodia wznosi się coraz wyżej i wyżej, traci wyrachowanie i przewidywalność, jakby przechodziła w improwizację wymykającą się wszelkiej kontroli. Mistrzostwo! Gdyby to rzeczywiście spisać nutami, dołożyć bas i ciekawą perkusję to byłoby coś!

Swoją droga, jednak czegoś się w tej szkole nauczył! Kto by pomyślał! Nigdy nie sądził, że szkoła może być naprawdę przydatna. Jednak – się płaci, się dostaje. Teraz wszędzie słyszy muzykę, do tego stopnia, że czasem trudno mu się skupić na czymkolwiek innym. Na przykład teraz, co właściwie mówi profesor Skowron tak dynamicznie wznosząc głos?

– Lenie i cieplaje! Pobudka! Cholera jasna! – profesor nie przebierał w słowach. – Koniec tego dobrego! Śpicie mi tu po kątach. Jeden pochrapuje! Koniec! Do cholery! Zobaczycie co znaczy prawdziwe życie! Każdy ma mi tu przynieść za tydzień podpisane oświadczenie o odbytych praktykach! Ale żeby mi to nie był byle jaki świstek!

Zwariował? Praktyki? Przecież to najgorsza zmora. Przyjdzie im czyścić cudze saksofony i nosić kontrabasy. Jeśli w ogóle ktoś zgodzi się przyjąć niedoświadczonego studenta. Wiadomo, co jest w życiu jazzmana najważniejsze – kontakty branżowe. Powie ktoś – jak wszędzie. Znaczy, że nie zna jazzu. Tutaj twój status społeczny określa z kim grałeś. A Heniek z nikim dotąd nie grał. Z nikim, kto znaczyłby cokolwiek. Z praktykami będzie kłopot.

Koledzy zabrali się za załatwianie. Łapali się każdej możliwości. Najprościej miał Krzysztof, którego matka miała pewne dojścia do samego Możdżera. Leczyła mu zęby i przydybawszy go na fotelu, wymogła na nim, trzymając w ręku najgrubsze wiertło, żeby przyjął jej wybitnie zdolnego syneczka na staż u siebie. Zgodził się i trudno się mu dziwić. Spróbujcie dyskutować z dentystą.

Krzysztof chodził po szkole dumny jak paw. Wszyscy mu zazdrościli. Głupio teraz było praktykować u weselnego grajka, kiedy Krzysztof ma taki sukces. Chciałoby się mu dorównać. Koledzy dwoili się i troili. Tylko Heniek oklapł. Zawsze tak reagował na stres. Nie umiał się zmobilizować. Czuł, że już wszystko przepadło, że i tak nie ma się co starać. Proszę – tylko znajomości się liczą na świecie. Załamać się można i tyle. Krzysztof już drugi dzień nosi za Możdżerem teczkę z nutami. Raz nawet przetarł mu zakurzone okulary, a raz wyczyścił ubrudzoną ramkę ze zdjęciem, na którym Możdżer ściska dłoń Marcusowi Millerowi. Szkoda starań. Tego i tak się przebić nie da.

Inni jednak próbowali. Jeden więc całą noc stał pod oknem Macieja Obary z tekturową tabliczką „Weź mnie na praktyki” i wyśpiewywał serenady, specjalnie ułożone na tę okazję. Szło to mniej więcej tak:

„Ach Maciej Obara,

Wszak ktoś się tu stara

By była z nas para…”

 

W rezultacie dostał tylko pomidorem w ramię i tyle. Trudno się dziwić, bo po tych trzech nieźle zapowiadający się wersach poziom spadał znacznie i na końcu nic się nawet nie rymowało. Jednak Obara ma prawo mieć swoje wymagania.

Podobne ataki przeprowadzano z identycznym skutkiem na innych znanych muzyków. Obawiać się mógł w tych dniach o swój spokój każdy, kto dokonał czegoś znaczącego w polskim jazzie.

Dni mijały, a Heniek nadal nie miał praktyk. Nie starał się o nie nawet, zastygł tylko w beznadziejnej apatii. Już przeczuwał, że znów go wyrzucą ze szkoły, jak kiedyś. Potrzebował rozrywki. Jutro mijał tydzień od ostatnich zajęć i profesor Skowron na pewno nie odpuści. Trzeba się zabawić w tę ostatnia noc uczniowską! A w Harrisie, jak znalazł, gra Baron. Heniek w masochistycznym odruchu postanowił pójść i popatrzeć sobie na człowieka sukcesu. Ten na pewno w swoim czasie praktykował gdzie trzeba i nie zmarnował swojej szansy.

Kiedy wszedł już grali. Trzech ich było. Średnio energiczni. Jak się jest człowiekiem sukcesu to nawet energicznym być nie trzeba. Na zegarek sobie popatrują. Spieszy im się do hotelowych pokoi. A przy stoliku obok facet wyjmuje z futerału puzon. Mężczyzna nie pierwszej już młodości, starszy od Heńka sporo, z siwym wąsem, za to wystrojony jak na wesele jedynej córki. Spodnie w kant, marynara czerwona, włos przyczesany. Chucha na swój puzon i podnosi się z wolna. Rozgląda się niepewnie, idzie w stronę sceny.

Do cholery! Czy wszyscy oszaleli! Przecież on nawet nie jest z jego szkoły, a się tu będzie wpychał Baronowi na scenę?! Kto tutaj potrzebuje praktyk – stary puzonista, czy on?!

Heniek nie poznawał siebie:

– O przepraszam! – krzyknął, wstając. – Pan się ustawi w kolejce bo ja też bym chciał na praktyki do pana Barona! Ja na jutro potrzebuje oświadczenia, a pan tu sobie z puzonem idzie na scenę jak gdyby nigdy nic! Ja tu byłem pierwszy, pan za mną wszedłeś, dokładnie widziałem, więc pan jesteś drugi w kolejce!

Puzonista speszył się wyraźnie. Poczerwieniał. Twarz jego przybrała kolor marynarki. Jąkał, że on tylko chciał zagrać, że nic złego nie miał na myśli, że przeprasza.

Baronowi zapaliła się iskierka w nieruchomych dotąd oczach. Spojrzał znów na zegarek.

– Panowie tacy chętni? A pan na czym gra? Na saksofonie? To przednia wiadomość doprawdy! Pan trzyma – powiedział podając Heńkowi swój instrument. – Grajcie panowie. Trzeba dać się młodym wykazać. Nic się nie bójcie, to jest bardzo przyjazna scena.

Puzonista nie wyglądał na zachwyconego. Jego znajomi schowali aparat przygotowany już do zdjęć. Zagrali jeden kawałek, bo publiczność powoli wychodziła. Heniek i tak czuł, że szczęście i duma go rozpierają. Dmucha oto w saksofon Piotra Barona! Ściska ten instrument jeszcze ciepły od dłoni mistrza! Ślini jego ustnik! Co za szczęście! A puzonista markotny. Co za niewdzięcznik.

Oświadczenie o odbytych praktykach miał Heniek najlepsze w klasie. „Praktykant na piątkę.” – napisał Baron. Nawet Krzysztof go nie przebił. Biedak, niechcący podeptał najnowsze Możdżerowe okulary i dostał dwóję z minusem. Jego matka natomiast na zawsze straciła klienta. Fortuna kołem się toczy.

 

Ciąg dalszy najpewniej nastąpi, bo Heniek jest głodny sukcesów jak nigdy dotąd!