Dwadzieścia lat w muzyce to niemal cała epoka. Zmieniają się mody, artyści, nośniki i sposób słuchania. To, co kiedyś przynosiło się ze sklepu na płycie CD, dziś odnajdujemy w kilka sekund na ekranie telefonu. Są jednak albumy, przy których upływ czasu okazuje się mniej dotkliwy, niż można byłoby przypuszczać. Do takich płyt należy „Inny smak” zespołu Bisquit, wydany 29 września 2006 roku. Dokładnie dwie dekady później warto do niego wrócić nie tylko z powodu okrągłej rocznicy.

Historia Bisquit zaczęła się wcześniej, w warszawskich klubach. Wokalistka Joanna Włodarska, później Joanna Chacińska, oraz gitarzysta Tomasz Krawczyk początkowo sięgali po standardy jazzowe. Z czasem cudzy repertuar przestał wystarczać i zaczęły powstawać własne kompozycje. Do zespołu dołączyli pianista Jan Smoczyński, kontrabasista Daniel Biel i perkusista Marcin Jahr. Były koncerty, pierwsze nagrania demo, a następnie zainteresowanie Kayaxu, który wydał debiutancki album grupy.


Tytuł „Inny smak” okazał się wyjątkowo trafny. Bisquit rzeczywiście proponował coś nieco innego niż duża część polskiego popu połowy pierwszej dekady XXI wieku. Jazz był tu wyraźnie obecny, ale nie dominował. Słychać go w harmonii, sposobie prowadzenia instrumentów i aranżacyjnej swobodzie, jednak punktem wyjścia pozostawała piosenka – melodyjna, przystępna, pozbawiona potrzeby demonstrowania muzycznej wirtuozerii. Najprościej byłoby nazwać tę muzykę jazzującym popem, choć takie określenie nie oddaje w pełni jej charakteru. Było w niej również trochę soulowego ciepła, akustycznej intymności i klubowej elegancji.

Album otwiera „Prosta historia”, po której pojawiają się „Ufam Ci” i tytułowy „Inny smak”. Dalej są „Zrób to dla mnie”, „Obudź mnie”, „Bla bla”, „Tego chcesz”, „Słodko”, „Bliżej”, „Jest inaczej”, „Przyjaciele” oraz „Teraz słucham”. Całość zamyka „Zrobię wszystko, co obiecałam”. Trzynaście utworów tworzy materiał, którego największą siłą nie jest jeden przebój dominujący nad resztą, lecz konsekwentnie budowana atmosfera. To jedna z tych płyt, które najlepiej działają słuchane od początku do końca.

Duże znaczenie ma jej instrumentalny charakter. Fortepian, gitara, kontrabas i perkusja pozostawiają sobie wzajemnie przestrzeń, a jednocześnie tworzą miejsce dla wokalu. W nagraniach uczestniczyli także basiści Robert Kubiszyn i Maciej Szczyciński. Materiał rejestrowano między innymi w Studiu Tokarnia oraz studiu Winicjusza Chrósta, za realizację odpowiadali Marcin Gajko i Jan Smoczyński, natomiast mastering wykonano w hamburskim Master & Servant. Po 20 latach te informacje nie są jedynie szczegółami z książeczki dołączonej do płyty. Pomagają zrozumieć, dlaczego album wciąż brzmi naturalnie. Jego podstawą byli muzycy i instrumenty, a nie produkcyjne sztuczki charakterystyczne dla konkretnego sezonu.


W centrum pozostawał głos Joanny Włodarskiej. Spokojny, charakterystyczny, pozbawiony potrzeby forsowania emocji. Wokal nie walczył z zespołem o pierwszeństwo, lecz stawał się częścią wspólnego brzmienia. To zresztą jedna z cech, które po latach zwracają uwagę szczególnie mocno. Bisquit nie próbował krzyczeć, żeby zostać usłyszanym. Nie każda piosenka zmierzała do wielkiego refrenu, nie każdy aranżacyjny pomysł musiał znaleźć się na pierwszym planie. Ta muzyka potrzebowała trochę czasu – i właśnie czas okazał się później jej sprzymierzeńcem.

Rocznice albumów łatwo zamieniają się w ćwiczenia z nostalgii. Wspominamy, czego wtedy słuchaliśmy, gdzie kupowaliśmy płyty i jaki świat otaczał ich premiery. Problem w tym, że sentyment potrafi być wyjątkowo pobłażliwym recenzentem. Dlatego najlepszym sposobem uczczenia 20-lecia „Innego smaku” jest po prostu ponowne włączenie albumu i sprawdzenie, co zostało z niego bez całej otoczki 2006 roku.

Zostało całkiem sporo. Oczywiście słychać, że płyta pochodzi z innej muzycznej rzeczywistości, ale nie sprawia wrażenia eksponatu wyciągniętego z archiwum. Żywe instrumenty, oszczędne aranżacje i melodie skutecznie bronią ją przed upływem czasu. Co więcej, jej niespieszność może dziś brzmieć jeszcze ciekawiej niż w momencie premiery. W świecie, w którym utwór ma zainteresować odbiorcę niemal natychmiast, a następna piosenka znajduje się o jedno przesunięcie palcem dalej, Bisquit przypomina o przyjemności słuchania bez pośpiechu.

„Inny smak” był dopiero początkiem. Dwa lata później ukazał się album „Pytania”, a zespół w kolejnych latach rozwijał i poszerzał swoje brzmienie. Z perspektywy czasu debiut można więc potraktować jako pierwszy rozdział dłuższej historii. Już wtedy obecne były jednak elementy, które określały muzyczną tożsamość grupy: przywiązanie do melodii, aranżacyjna elegancja, jazzowe zaplecze, charakterystyczny wokal i niechęć do zamykania się w jednej stylistycznej szufladzie.


Od 29 września 2006 do 29 września 2026 roku świat muzyki zdążył zmienić się niemal nie do poznania. Płyta kompaktowa straciła swoją dawną pozycję, streaming przeobraził rynek, a playlisty i algorytmy w dużej mierze przejęły rolę przewodników po nowych nagraniach. „Inny smak” nie musi jednak konkurować ze współczesnością ani udawać, że powstał wczoraj. Jego wartość polega na czymś innym – po dwóch dekadach nadal można włączyć „Prostą historię”, pozwolić płycie grać dalej i zapomnieć na chwilę, że powodem powrotu miała być rocznica.

Bo chyba właśnie tak najłatwiej poznać płytę, która dobrze się zestarzała. Po 20 latach nie słucha się jej wyłącznie dlatego, że kiedyś była ważna. Słucha się jej dlatego, że nadal jest czego słuchać.