Elena Mindru to pochodząca z Rumunii wokalistka jazzowa, która przeniosła swoje życie do Finlandii, gdzie z uznaniem robi karierę na tamtejszej Akademii Sibeliusa. Właśnie broni swoją pracę doktorską i robi to za pomocą siódmego albumu w swojej dyskografii. „Second time around” to podróż przez klasyki wzięte z Great American Songbook, ale Mindru nadała im większej, filozoficznej wartości. Zmierzyła się bowiem z pojęciem „drugiego refrenu”. Trochę mi zajęło aby pojąć co dokładnie było jej celem w pracy doktorskiej i chyba nie do końca jest to moja przestrzeń, ale fajnie, że wyszła z tego bardzo ciekaw płyta.
Gdy utwór ma powtarzający się tekstowo refren to w wokalistyce jazzowej jest on zaśpiewany jakby na nowo. Inaczej. W rozrywce ważna jest powtarzalność, aby zyskać efekt pamięci, ale w jazzie można sobie folgować i pozwalać na więcej swobody. Elena podeszła do drugiego refrenu w sposób bardziej filozoficzny i egzystencjalny nadając mu rolę przewodnika życiowych dróg. Tak otóż jak drugi refren dostanie jakby „drugą sznasę” tak według wokalistki można to przerzucić na życiowe „drugie szansy”, które powinny być rodzajem rozwoju i dodatkowych możliwości. Ja się tutaj zatrzyma w rozważaniach, bo dla mnie to już trochę za dużo i chętnie wrócę do muzyki bo jest o czym opowiadać.
Bardzo gustuję w prostym doborze instrumentów, można powiedzieć, że minimalizm to to co dla mnie wydobywa najwięcej emocji i można więcej sobie dopowiedzieć po swojemu. O to przecież chodzi w sztuce, by znaleźć swoją interpretację. Tak więc ucieszyła mnie forma wokal, fortepian (Artturi Rönkä), kontrabas (Oskari Siirtola) i perkusja (Anssi Tirkkonen). Jakże standardowo, bezpiecznie i odważnie zarazem bo trzeba zatem zaintrygować czymś innym. Wybierając klasyki American Songbook także trzeba wykazać się rozwagą, aby nie popaść w oczywistość, a gdy zobaczyłem set listę to trochę zacząłem się martwić, że znów same evergreeny. Jednakże gdy zacząłem słuchać albumu to porzuciłem wszelakie oczekiwania i banały. Po pierwsze wokal. Ciągle z przodu i bardzo gnający na przód. Elena nie bawi się w półśrodki i kiedy zaczyna śpiewać to robi to z potężną świadomością i pewnością siebie. Bardzo imponuje mi jej frazowanie i okrywanie wszystkich tych piosenek w pełni po swojemu.
Tak oto otwierający porcją recytacji „I cried for you” przechodzi przez lekkie intro wchodząc w mięsisty walking kontrabasu i od razu przeradza się w zjawiskowe wokalne rozwiązania. Jest mocno, jest dosadnie jest ekspresyjnie. Idealne rozpoczęcie. Nostalgiczne „After you’re gone” jest tylko chwilową zmyłką szykującą na kolejne porcje energii bo samo w sobie przeradza się w bardziej soulowy groove. „Mean to me” oraz „At sundown” to perełki ekspresji i jazzowego kunsztu wokalnego. Trzeba tutaj wrócić do pierwotnego zamysłu skupienia na drugim refrenie, który za każdym razem jest oczywiście inny i zdeterminowany na rozwój. Utwory bowiem nabierają fajnych barw i czuć, że nie wychodzą z zamierzonej aranżacji a bardziej z potrzeby wewnętrznego, wokalnego spełnienia co bardzo mnie cieszy. W połowie albumu znajduje się kulminacja, czyli utwór „A song for you”. Jest to jeden z moich ulubionych utworów z amerykańskich klasyków, ale nagrany został już w tylu interpretacjach, że ma także wysoko postawioną porzeczkę z czego Elena pewnie dobrze sobie zdawała sprawę. Powtarzająca się fraza chórku wychodzącego zza tła robi tutaj największą robotę. Lekko dysonujące dźwięki totalnie nie pasujące do tego czego mogłem się spodziewać w tej piosence sprawiły, że najbardziej na nią zwróciłem uwagę. Zaraz za tym idzie ciągle mocny, przenikliwy i emocjonujący wokal i jakże bluesowo pulsująca linia fortepianu. Ta wersja zdobyła mnie od pierwszego odsłuchu. Doskonała robota.
„You’re crying” z kolei zaskoczyło mnie aktorskim talentem wokalnym jaki odznacza liderka, a delikatna aranżacja robi tylko miejsce na jej blask. Myślę, że dobór utworów, który z pewnością nie był łatwy okazał się wybitny. Każda pozycja, każda melodia, każda emocja jest tutaj prawdziwa. Wszystko się zgadza i zatrzymuje mnie jako słuchacza od samego początku do końca. Tytułowy zaś „Second time around” zdefiniowany jest najlepiej przez samą artystkę, która mówi o całym projekcie „Teksty tych piosenek pozostają niezmienne od dziesięcioleci. Zmienia się natomiast życiowe doświadczenie, które stoi za głosem je wykonującym”. Słuchać to w każdym utworze przez nią zinterpretowanym i tworzonym jakbym od nowa. Trudno jest z tych piosenek stworzyć odrębny rozdział w muzyce, a Elena Mindru zaśpiewała i zaaranżowała je w taki sposób jakby należały właśnie do niej i uważam to za największy atut jak i rekomendację, aby przenieść się w jej świat. Mnie porwało, oczarowało i spełniło.


