Adam Bałdych tym razem w międzynarodowym kwartecie wydaje zupełnie nowy album, zatytułowany „Endless”. Jak sam mówi – materiał wyrasta z pytań, które nie domagają się odpowiedzi, lecz uważności. Zarejestrowany podczas kilku zimowych dni przy udziale pianisty Jacoba Karlzona, bandoneonisty Daniela di Bonaventury i kontrabasisty Michela Benita w sali koncertowej Europejskiego Centrum Muzyki Krzysztofa Pendereckiego w Lusławicach, niesie ze sobą wyciszającą i kontemplacyjną aurę łagodności. O pomyśle i szczegółach realizacji autor opowiedział mi w poniższej rozmowie.

Co tu było pierwsze: pomysł na zespół czy pomysł na płytę?

Wydaje mi się, że pomysł na brzmienie muzyki. Po kilku latach tworzenia różnych projektów kameralnych, miałem takie poczucie, że chciałbym trochę poeksperymentować z instrumentami, które wnoszą zupełnie inny kolor. To był akurat taki moment, że powstawały utwory, w których słyszałem po pierwsze brak bębnów oraz bardzo duże jak pole do dialogu między mną, a fortepianem. W związku z tym ponownie zaczęliśmy grać w duecie z Jacobem Karlzonem, a międzyczasie pojawił się Daniele di Bonaventura, z którym miałem okazję się poznać po jednym z moich koncertów w Filharmonii Krakowskiej. Natomiast z kontrabasistą Michelem rozmawiałem od dawna na temat tego, że moglibyśmy coś wspólnie zrobić, ale szukaliśmy odpowiedniej sytuacji. Pomyślałem, że skoro już idę w nowy to to jest ten moment, kiedy mogę zaprosić ich wszystkich i stworzyć coś na poczet tej muzyki. Wtedy zacząłem komponować muzykę już pod ten skład, mając pewne wyobrażenie jakie brzmienia chciałbym uzyskać, ale nie do końca wiedząc co zrealizujemy i jak oni się w tym odnajdą. To są improwizatorzy, każdy ma swój projekt, więc starałem się napisać taką muzykę, w której każdy będzie mógł podjąć swoją decyzję, kim w tym chcę być, na ile się wyróżniać, na ile być sekcyjnym i jak prowadzić swój instrument. Było więc sporo dyskusji, co każdy chciałby w tym zespole zrobić.

Spoglądając na ten skład pod kątem geograficznym, wypada on dosyć specyficznie. Na jednym biegunie jesteście ty i Jacob, jako muzycy krajów w północy, a na drugim są pozostali muzycy z Francji i z Włoch.

Kiedy zaczynaliśmy tę współpracę, to trochę nie myślałem o tej geografii. Ale rzeczywiście później, jak już zaczynaliśmy o tym rozmawiać, to okazało się, że z tego się robi taki dość poważny rozstrzał, który ma duże znaczenie dla sposobu frazowania, myślenia o muzyce i pewnej wrażliwości. Natomiast z każdym z nich miałem okazję grać w innych projektach, więc już wiedziałem mniej więcej, czego mogę się po każdym z nich spodziewać. Nie wiedziałem jedynie, czego się można po nich spodziewać, kiedy oni się spotkają razem (śmiech). To jest wyzwanie, bo kiedy ma się czterech muzyków, z których każdy prowadzi swój zespół, a tutaj muszą znaleźć taką formę dialogu, to to nie jest proste. Starałem się tą muzykę przygotować tak, żebyśmy mieli zaplecze kompozytorskie, które daje nam taką pewność, że oto jest muzyka skomponowana i możemy na niej polegać, a wszystko to, co dodatkowo się wydarzy, będzie tym kolorem, który odróżnia nas od muzyków klasycznych. Natomiast nie ma co ukrywać, że też od wielu lat jednak bardzo mocno stawiam na tą sferę kompozytorską, która dla mnie jest istotna. Nie traktuję muzyki, którą piszę jako tylko pretekst do improwizacji, tylko staram się zbalansować improwizację i kompozycję, szukając w tych dwóch formach wyrazu trochę innych aspektów, które jakby pokazują muzykę całościowo.

A czy pozostali muzycy grali ze sobą wcześniej?

Nie, żaden z nich nie grał ze sobą wcześniej. Czyli to ty jesteś wspólnym mianownikiem dla nich. Jestem tym mianownikiem i też taką osobą, która musiała to psychologicznie rozegrać, żeby emocje, które towarzyszą takim projektom sprowadzić na dobre tory. To jest nie są sidemeni, czy potulne baranki, które przychodzą i po prostu grają co trzeba. Każdy z nich naprawdę ma swój świat i myślę, że my się jeszcze docieramy. Ten projekt zaczyna swoją drogę i myślę, że będzie ewoluował przez wiele lat.

Obejrzałem wideo ze studia, gdy nagrywacie zimą i zdałem sobie sprawę w trakcie słuchania tej płyty, że ona jest momentami bardzo zimowa.

Ona jest w ogóle bardzo zimowa i moim zdaniem najlepiej zabrzmi słuchając jej właśnie w takim klimacie. Premierę mamy przygotowaną z różnych powodów na końcówkę lata, aczkolwiek poniekąd czuję, że to będzie taki powrót z wakacji, taki powrót w pewną nostalgię. Wakacje bywają często bardzo męczące jak się okazuje i to tuż po nich dopiero mamy czas na to, żeby chwilę odsapnąć i wtedy ta muzyka wjedzie odpowiednio. Sam klimat, okładka i cała atmosfera, którą tworzymy, są raczej chłodne i ta aura nam się tam udzieliła to bez dwóch zdań.

Mówisz, że te utwory miały taką formułę otwarcia na improwizację, ale jak słucham na przykład „The Stars Are Closer Than We Think”, to tam się prosi aż o wokal.

O, to ciekawe spostrzeżenie, ale… Ja cały czas i pracuję z Kari i słucham bardzo dużo songwriterów, którzy i w Polsce i w Stanach Zjednoczonych tworzą swoją muzykę. Słucham też muzyki z Australii i z Nowej Zelandii, już nie mówiąc o Hildegardzie Z Bingen. To jest średniowieczna mistyczka, ale to wciąż muzyka wokalna, więc czuję, że dla mnie skrzypce są takim instrumentem, który ma bardzo wokalny tembr. Można na tyle wchodzić w ten instrument, że on zaczyna brzmieć bardzo jak głos – szczególnie w przypadku skrzypiec renesansowych, które mają taką wibrację, że kładzie się ten dźwięk i on jest bardzo wokalny. Kiedy komponuję swoje utwory, bądź myślę o melodiach, które chciałbym w nich zawrzeć, to bardzo często jest takie myślenie bardzo wokalne. Myślę o instrumencie jak o głosie ludzkim i w zasadzie trochę zaciera mi się to takie poczucie, że mam w rękach jakiś drewniane ciało obce, tylko raczej część mnie, więc to jest takie bardzo naturalne.

Takie wrażenie odniosłem w przypadku dwóch kompozycji „Wanderer”, które ma taką pozytywkową melodyjkę oraz „Shine”, które jest dość leciutkie. Czy to są melodie autorstwa Jacoba, czy one też wyszły od ciebie?

Wszystkie tutaj kompozycje są moje. Melodie też, natomiast Jacob ma tę zdolność, że on w zasadzie w jednej chwili potrafi przyswoić moją muzykę do tego stopnia, że ona się też staje poniekąd jego muzyką i wnosi w nią tak dużo swojego charakteru, że nagle ta moja muzyka w ogóle zostaje przenoszona w jego rewiry, więc ja czuję, że on jest bardzo istotną postacią na tym albumie i cieszę się bardzo, że jest na tym albumie, bo potrafił po prostu bardzo dużo wnieść swojej kreatywności i swojego świata. To jest w ogóle gość, z którym można naprawdę wchodzić do studia w zasadzie w dniu wyciągnięcia nut z plecaka i nagrywać albumy, bo jest to tak kreatywna postać, która nie potrzebuje wielkiego przygotowania. On po prostu wchodzi, jest i muzyka nabiera charakteru.

Mam wrażenie, że momentami Jacob tutaj przejmuje inicjatywę i brzmi czasem, jakby to był jego projekt.

Między innymi dlatego fortepian ma tu bardzo dużo przestrzeni pozostawionej przeze mnie i w momencie, w którym ja gram rzeczy, które są skomponowane, to on może się wznieść ponad te warstwy, które są skomponowane i improwizować. Na tym ten projekt też polegał, żeby każdy mógł wnieść dokładnie tyle, ile chce. Ja też chciałem zachować w tej muzyce pewien minimalizm, jeśli chodzi o skrzypce, więc kiedy czuję, że Jacob chce wnieść jakąś swoją wirtuozerię, a ja chcę być w tym bardzo majestatyczny i stonowany, to nie wchodzimy sobie w drogę. Nie mam już potrzeby na takim etapie, na którym jestem w swoim życiu z kimkolwiek w muzyce rywalizować, tylko wręcz przeciwnie. Zresztą nigdy tak chyba nie było. Wolę wchodzić w totalny dialog i wtedy, kiedy ktoś czuje, że chce coś powiedzieć, to ja nie mam problemu z tym, żeby zostawić dla niego tę przestrzeń.

Dużo robiliście podejść do tej kompozycji, bo wydaje się jakby one były zagrane na setkę?

Było mało take’ów. Do tego stopnia, że my mieliśmy zarezerwowane trzy dni na nagrania, a pierwszego dnia prawie skończyliśmy album. Drugiego dnia rano zagraliśmy ostatnie dwa utwory i mieliśmy wolne, więc zdołaliśmy jeszcze nagrać wideo, o którym wspomniałeś i jeszcze zrobić sesję zdjęciową. Wykorzystaliśmy do końca ten czas pobytu, zwłaszcza, że zasypało nas totalnie śniegiem. Poza tym to są muzycy z czterech stron świata, więc samo sprowadzenie ich w jedno miejsce w jednym czasie, to jest wyzwanie, więc ten album powstał, przyznam szczerze, szybciej niż się spodziewałem.

Jedna kompozycja na płycie nie jest twoja – „Gnossienne” Erica Satiego i to jest chyba najsmutniejsza kompozycja na tej płycie. Co jest powodem umieszczenia jej w tym zestawie?

Sięgnąłem po Satiego, ponieważ bardzo dużo słuchałem muzyki impresjonistycznej, kiedy w ogóle przygotowywałem się do komponowania muzyki na ten album. Słuchałem też Debussy’ego i Ravela, więc nie słuchałem jazzu – słuchałem muzyki poważnej. Zależało mi na tym, żeby jak najwięcej zaczerpnąć inspiracji, która pochodzi z tego świata wysublimowania muzyki poważnej. Posłuchać tego, jak tam instrumenty pracują, jaką rolę pełnią, w jaki sposób instrumentować muzykę, żeby pokazać zupełnie inny charakter, niż ten, kiedy słucha się jazzu. „Gnossienne” gdzieś tam cały czas pojawiało się na playliście utworów, których słuchałem. Przyniosłem nuty i po prostu, jak już skończyliśmy cały album związany z moimi kompozycjami, to wyciągnąłem partyturę i mówię: „Dobra chłopaki, to teraz spróbujmy jeszcze to”. No i okazało się, że ten utwór też wniósł coś ciekawego i postanowiliśmy zawrzeć go na albumie, sygnalizując, że dla jest nas punktem wyjścia. Mimo że jesteśmy improwizatorami, to w tym przypadku była muzyka poważna jako źródło inspiracji. I to jest chyba kluczem dla tej płyty.

Zastanawiam się nad kwestią koncertów w tym składzie, bo to jest tak kameralne i tak ułożone, ma taką wibrację i taką aurę, że nie wiem, czy nie lepiej, żebyście to grali nawet w jakichś jaskiniach..

Właśnie jestem bardzo ciekaw tego, co się na tych koncertach będzie działo i jak ludzie to odbiorą oraz na ile uda nam się ich w ten klimat wciągnąć. Zagraliśmy już kilka koncertów z tym materiałem w bardzo różnych miejscach – w teatrze, w starych kamieniołomach antycznych na południu Francji. To była niezła jazda. Udało też zrobić niesamowitą atmosferę. Teraz przed nami koncert w Warszawie, na Jazz na Starówce. Potem gramy też na Jazz Jamboree w Stodole. Mamy taką koncepcję, że będziemy chcieli pokazać utwory z płyty, które będą przemieszane z kilkoma utworami z moich poprzednich płyt, żeby w ogóle pokazać ten projekt i jego możliwości brzmieniowe przy różnym materiale dźwiękowym.
Natomiast kiedy będziemy w takich sytuacjach, które będą bardzo kameralne, bardzo bliskie i służące tej atmosferze, to wtedy jesteśmy w stanie pokusić się o to, żeby zagrać muzykę z całego albumu. Ona wymaga wielkiego skupienia i takiego po prostu bycia blisko każdego z nas
.